PIERWSZE STADIUM Napisa:AndrzejKrzeptowski I lerGigonodwrócisiodpulpitusterowa- niareakcjjdrow ipochylisinadkomuni- katorem.Jupochwilipomieszczeniezapeni Wcale nie musisz się wysilać. Ludzie nie pragną science-fiction i idealnych bohaterów. Zwróć uwagę, że każde opowiadanie to w gruncie rzeczy historia o zmaganiach, które zakończyły się pokonaniem pewnych trudności. Idealne opowiadanie jest jak lustrzane odbicie rzeczywistości. Matthew Grigg Profesor Panini Kiedyś, zanim przez wiele lat pracowałem w restauracji, uczęszczałem na jeden z najlepszych uniwersytetów. Był rok 2023 a ja kończyłem projekt, dzięki któremu miałem zostać profesorem. ŚWIAT KLONÓW | Opowiadania science-fiction sobota, 19 grudnia 2015. Jak przejść API bez przymrużenia oka | Klony cz.25, Opowiadania science-fiction Science fiction, popularly shortened as sci-fi, is a genre of fiction that creatively depicts real or imaginary science and technology as part of its plot, setting, or theme. The fiction part of science fiction means, of course, that it’s a fictional story—not a real-life account. The word science refers to the fact that the story in some jelaskan hambatan dan tantangan dalam penegakan ham di indonesia. Gatunek science fiction jak mało który w kinematografii ma za zadanie pobudzać wyobraźnię. Z reguły opowiada o czymś, co w sensie racjonalnym i praktycznym jeszcze w rzeczywistości nie istnieje, ale skoro zostało już pomyślane, to z czasem w jakimś stopniu się spełnia, co zresztą możemy zaobserwować w dzisiejszych czasach, gdy oglądamy kilkudziesięcioletnie filmy fantastyczne. Pod tym względem produkcje science fiction dają sporo do myślenia. Aktywizują naszą przywykłą do faktów wyobraźnię w taki sposób jak kiedyś, gdy jeszcze byliśmy wieszającymi się na trzepakach szkrabami. Poza tym produkcje sci-fi stawiają wiele trudnych pytań, na które rodzaj ludzki powinien sobie wreszcie jasno odpowiedzieć, nim bezmyślnie rzuci się w szpony bezdusznej poniżej tytuły próbują zachęcić nas do namysłu nad problemami bardzo podstawowymi dla naszej cywilizacji. Nim pójdziemy dalej, a zwłaszcza tak daleko jak w kilku wspomnianych przeze mnie produkcjach, uświadommy sobie, kim jesteśmy, jakie jest nasze miejsce w otoczeniu i jak powinniśmy je traktować. Poznajmy do końca naszą biologię bez przesłaniania jej ideologiami, a dopiero potem, gdy będziemy już na to gotowi, spróbujmy zająć miejsce Boga i stworzyć sami siebie z niczego. To naturalna konsekwencja rozwoju cywilizacji oraz etap postępu – autokreacja. Bo kino science fiction, opowiadając nam o obcych, robotach i innych wymiarach, tak naprawdę przygotowuje nas na ten dzień, kiedy na tyle będziemy dojrzali (a dopiero w drugiej kolejności zaawansowani technicznie), że uniesiemy ciężar takiej transhumanistycznej biotwórczości. Na razie droga przed człowiekiem jeszcze długa, co w pouczający sposób prezentują omówione niżej filmy. Pomyślmy, zanim je bezrefleksyjnie skrytykujemy, pisząc górnolotne komentarze, że „obrażają czyjąś inteligencję”.Anihilacja (2018), reż. Alex GarlandPodobne wpisyPamiętam, że z rok temu napisałem, że jest to najlepszy film science fiction, jaki do tej pory pojawił się na platformie Netflix. Dzisiaj także podtrzymuję to zdanie. Z jednej strony dobrze to świadczy o Anihilacji, z drugiej niezbyt dobrze o Netflixie. Są jednak ważniejsze kwestie, wymagające przemyślenia, do czego film Garlanda niezmiernie ciekawie namawia. Po pierwsze: jak dobry potrafi być film fantastyczny, w którym główne postaci grają kobiety? Tak dobry, że kobiety postrzegane są jak męskie postaci. Wiem, jak to brzmi – dość mizoginicznie, ale sytuacja z nieobecnością kobiet albo „używaniem” ich jako narzędzi przez bohaterów SF doprowadzona została do tego, że osiągnięcie męskiego poziomu staje się teraz sukcesem. Problem tkwi zarówno w nazewnictwie, jak i w kulturze gloryfikującej męskość jako cnotę. Niemniej w przypadku Anihilacji kobiece postaci zostały tak skrojone i zagrane, że nie sposób zarzucić im owej kulturowej i jednocześnie słabszej oraz głupiej kobiecości. A jeszcze inaczej – męska część widowni z powodzeniem może się z nimi utożsamić, są takie „MĘSKIE”. Jest nad czym myśleć. Po drugie zaś Anihilacja ma bardzo enigmatyczne zakończenie. W porównaniu z resztą filmu jest ono najsłabszym elementem produkcji. Zachęca jednak do myślenia, a właściwie wymyślenia go na nowo, żeby cała reszta scenariusza obroniła świetnie skonstruowany suspens, charakterne postaci, zwroty akcji i wszechobecną (1982), reż. Steven SpielbergTa ludzka buńczuczność w postrzeganiu innych inteligentnych gatunków pochodzących z kosmosu zapewne bierze się w filmach stąd, że Homo sapiens uważają się za centrum wszechświata. Pod tym względem wciąż w naszej kulturze obowiązuje geocentryzm zasilany, wzmacniany i uzupełniany kapitalistycznym przeświadczeniem, że najwłaściwsze do pokazywania w kinie jest wszystko to, co się sprzeda i przyniesie zysk. nie różni się pod tym względem od całej masy filmów science fiction, które odniosły komercyjny sukces. Spielberg jednak jako doskonały rzemieślnik w dziedzinie reżyserii przekazał w filmie coś więcej niż sprzedajność. Tak, jest to możliwe do pogodzenia z chęcią zysku i pożądaniem sławy. namawia nas do ogólnej refleksji nad innością jako taką. Miarą tolerancji jest właśnie stosunek do innych gatunków, a wzniesienie się z obcym aż do tarczy Księżyca jest ukazaniem symbolicznego poziomu, do którego ludzkość wciąż nie jest w stanie doskoczyć przez swoje stereotypy i małostkowe Przymierze (2017), reż. Ridley ScottMimo licznych wad Obcy: Przymierze okazał się bardziej spójnym sequelem Prometeusza niż on sam pierwszej części Obcego. Więcej doświadczyliśmy mrocznego klimatu znanego z typowo slasherowych horrorów. Częściej również pojawiał się sam Ksenomorf. Może niekiedy Scott zbyt moralizował oraz stosował nazbyt czytelne metafory oraz odniesienia do starożytnej mitologii (Uranos, Tytani itp.), niemniej było nad czym myśleć i co rozszyfrowywać. Z pierwszą częścią sagi łączy również Przymierze wykorzystanie konotacji erotyczno-religijnych. Scott powrócił do pobudzania widza niejako podprogowo, katalizowania jego lęków seksualnych wykarmionych na mieszczańskiej kulturze i religii. Można wysnuć taki wniosek na podstawie zachowania się zarówno Obcego, jak i jego stwórcy (tak wyszydzana scena, kiedy David i Walter grają na flecie).David przebywa długą drogę do zrozumienia, że ma prawo mienić się bogiem, skoro potrafił zgładzić całą planetę, na której finalnie osiadł. Szczytem jego boskości jest moment, kiedy wykorzystuje ciało doktor Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) jako protokrólewski inkubator do stworzenia istoty o wiele doskonalszej niż Shaw. Robi to bez jej zgody w imię patriarchalnie rozumianego dążenia do ideologicznej kreacji coraz doskonalszych istot. Szerzej koncepcję postępowania Davida opisałem w zestawieniu 5 najlepszych ról Noomi Rapace, na końcu tekstu. David postępuje tak, ponieważ może. Leży to w zakresie jego naturalnej dynamiki działania, więc czy jest naprawdę złe? Z jakiej dominującej w obecnych czasach religii znamy ten sposób kreacji bogów? Do sposobu narodzenia jakiego obecnie czczonego boga Scott się odnosi? chrisalfa EBooki Cykle Fantasy i SF Asimov Isaac - 3 Cykle kpl Asimov Isaac - 01. Cykl Roboty pdf Użytkownik chrisalfa wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 243 osób, 157 z nich pobrało i opinie (0)Transkrypt ( 25 z dostępnych 240 stron) STRONA 2Asimov Isaak Asimov Isaak W 1923 rodzina Asimova wyemigrowała z Rosji do USA. Pod koniec lat trzydziestych Isaac Asimov rozpoczął studiowanie chemii na Uniwersytecie Columbia. Tytuł magistra w dziedzinie biochemii uzyskał w 1941. Po czteroletniej przerwie w edukacji spowodowanej wojną, zdobył doktorat w 1948. Swój pierwszy etat podjął jako świeŜo upieczony chemik w filadelfijskiej stoczni. Poznał tam Roberta Heinleina i L. Sprague de Campa, którzy, podobnie jak i on sam, mieli stać się wybitnymi twórcami fantastyki. Po uzyskaniu doktoratu rozpoczął pracę na uniwersytecie, badając związki chemiczne niszczące zarazki malarii. Potem zajmował się między innymi biochemią. 1 lipca 1958 przerwał swą karierę naukową, ogłaszając się pełnoetatowym pisarzem. Jak sam powiedział, wolał być bardzo dobrym wykładowcą i pisarzem s-f zarazem, niŜ jedynie przeciętnym badaczem. Honorową profesurę przyznano mu w 1979. Rozwinął przyjęty później przez astrofizyków podział cywilizacji Kardaszewa z III na VII generacji. Zmarł na powikłania związane z wirusem HIV, którym został zainfekowany podczas operacji wstawiania by-passów jaką przeszedł w 1983. Jest autorem trzech praw robotyki. Kilka utworów Asimova zostało zekranizowanych. Najbardziej znane ekranizacje to: Ja, Robot (I, Robot, 2004) z Willem Smithem oraz Człowiek przyszłości (Bicentennial Man, 1999) z Robinem Williamsem. STRONA 3Przedmowa Mój pisarski romans z robotami zaczął się dziesiątego maja 1939 roku, ale jako czytelnik science fiction zakochałem się w nich duŜo wcześniej. W roku 1939 roboty w literaturze science fiction nie były niczym nowym. Mechaniczne istoty ludzkie spotykamy juŜ w staroŜytnych i średniowiecznych mitach i legendach, lecz słowo „robot” po raz pierwszy pojawiło się w sztuce Karola Capka zatytułowanej Premiera przedstawienia odbyła się w Czechosłowacji w roku 1921, ale utwór szybko doczekał się tłumaczeń na wiele języków. to skrót od „roboty uniwersalne Rossuma”. Rossum, angielski przemysłowiec, produkuje sztuczne istoty ludzkie po to, by zastępowały w pracy człowieka, który teraz, wolny juŜ od wszelkiego przymusu, moŜe oddać się wyłącznie twórczości. (W języku czeskim słowo „robot” oznacza „pracę przymusową”). Mimo najlepszych intencji Rossuma wszystko poszło nie tak, jak zaplanował: roboty wznieciły rebelię i zaczęły niszczyć gatunek ludzki. Nie jest zapewne rzeczą zaskakującą, Ŝe według pojęć roku 1921 postęp techniczny musi doprowadzić do powszechnej katastrofy. Pamiętajmy, Ŝe skończyła się właśnie pierwsza wojna światowa, której czołgi, samoloty i gazy bojowe ukazały ludzkości „ciemną stronę mocy”, by uŜyć określenia z Gwiezdnych wojen. stanowi rozszerzenie ponurej wizji przedstawionej w jeszcze słynniejszym bodaj Frankensteinie, gdzie stworzenie nowego rodzaju sztucznej istoty ludzkiej kończy się katastrofą, choć nie na tak globalną skalę jak w sztuce Čapka. Za przykładem tych dwóch dzieł literatura lat dwudziestych i trzydziestych nieodmiennie ukazywała roboty jako niebezpieczne maszyny, niszczące ostatecznie swoich stwórców. Moralne przesłanie tych utworów przypominało raz po raz, Ŝe „istnieją rzeczy, po które nie powinien sięgać umysł człowieka”. Ja jednak juŜ jako młodzieniec nie mogłem pogodzić się z myślą, Ŝe jeśli wiedza stanowi zagroŜenie, alternatywą jest ignorancja. Zawsze uwaŜałem, Ŝe rozwiązaniem musi być mądrość. Nie naleŜy unikać niebezpieczeństwa. Trzeba tylko nauczyć się nim sterować. Jest to zresztą podstawowe wyzwanie dla człowieka, odkąd pewna grupa naczelnych przekształciła się w ludzi. KaŜdy postęp techniczny niesie ze sobą zagroŜenie. Ogień był niebezpieczny od początku, podobnie (jeśli nie bardziej) - mowa; jedno i drugie jest groźne do dzisiaj, ale bez nich człowiek nie byłby człowiekiem. Tak czy owak, sam nie wiem dlaczego, opowiadania o robotach, które czytałem, nie satysfakcjonowały mnie; czekałem na coś lepszego. I znalazłem - w grudniu 1938 roku na łamach Astounding Science Fiction. Wydrukowano tam opowiadanie Lestera del Reya zatytułowane Helen O’Loy. Autor z ogromną sympatią odnosi się do występującej w utworze postaci robota. Było to chyba dopiero drugie opowiadanie tego pisarza, ale na zawsze juŜ zostałem zagorzałym miłośnikiem del Reya, (Proszę, niech nikt mu o tym nie mówi. On nie moŜe się dowiedzieć). Miesiąc później, w styczniu 1939 roku, w magazynie Amazing Stories równieŜ Eando Binder w opowiadaniu I, Robot pokazał nader sympatycznego robota. Utwór ten, choć znacznie odbiegał klasą od poprzedniej historii, znów niebywale mnie poruszył. Czułem niejasno, Ŝe i ja pragnę napisać opowiadanie, w którym roboty przedstawione byłyby jako istoty miłe, dobre i przyjazne. I tak oto dziesiątego maja 1939 roku rozpocząłem pracę. Trwało to aŜ dwa tygodnie; w tamtych latach pisanie opowiadań zajmowało mi sporo czasu. STRONA 4Stworzoną historię zatytułowałem Robbie, a traktowała ona o robocie-niańce, który bardzo kochał powierzonego jego opiece chłopca, ale w matce dziecka budził lęk. Fred Pohl (liczył sobie wówczas równieŜ dziewiętnaście lat i do dnia dzisiejszego ostro ze mną rywalizuje) okazał się mądrzejszy ode mnie. Przeczytawszy Robbiego oświadczył, Ŝe John Campbell, wszechwładny wydawca Astounding, nie przyjmie tego opowiadania, poniewaŜ zbyt przypomina ono Helen O’Loy. Miał rację. Campbell odrzucił je z tego właśnie powodu. Niemniej, kiedy w jakiś czas potem Fred został wydawcą dwóch nowych magazynów, dwudziestego piątego marca 1940 roku wziął ode mnie Robbiego. Opowiadanie ukazało się drukiem w tym samym roku w numerze wrześniowym czasopisma Super Science Stories, pod zmienionym tytułem Strange Playfellow (Fred miał okropny zwyczaj zmieniania tytułów - prawie zawsze na gorsze. Opowiadanie to ukazywało się potem wielokrotnie drukiem, ale zawsze juŜ pod oryginalnym tytułem). W tamtych latach jednak sprzedawanie opowiadań komuś innemu niŜ Campbell niezbyt mnie interesowało, więc spróbowałem napisać kolejne dziełko. Najpierw przedyskutowałem pomysł z samym Campbellem. Chciałem mieć pewność, Ŝe jeśli nawet odrzuci moje opowiadanie, to zrobi to wyłącznie ze względu na jego niedoskonałość literacką. Napisałem Reason, w którym robot miał - by tak rzec - własną religię. Campbell zakupił ten utwór dwudziestego drugiego listopada 1940 roku i wydrukował go w swoim magazynie w kwietniu 1941 roku. Było to juŜ trzecie opowiadanie, które Campbell ode mnie kupił - a pierwsze, które wziął w takiej formie, w jakiej zostało napisane, nie Ŝądając zmian i poprawek. Fakt ów tak wbił mnie w dumę, Ŝe napisałem trzecie opowiadanie o robotach, tym razem o robocie, który potrafił czytać ludzkie myśli. Zatytułowałem je Liar!. Campbell równieŜ je kupił i opublikował w maju 1941 roku. Tak więc w dwóch kolejnych numerach Astounding miałem dwa swoje opowiadania o robotach. Nie zamierzałem na tym poprzestać. Miałem pomysł na całą serię. Ponadto wymyśliłem coś jeszcze. Dwudziestego trzeciego grudnia 1940 roku, podczas dyskusji z Campbellem o pomyśle czytającego w ludzkich myślach robota, rozmowa zeszła na problem praw rządzących ich zachowaniem. UwaŜałem, Ŝe roboty są urządzeniami mechanicznymi, które mają wbudowane systemy zabezpieczające. Zaczęliśmy się zastanawiać, w jakim kształcie słownym moŜna by to wyrazić - i tak narodziły się Trzy Prawa Robotyki. Najpierw dokładnie sformułowałem owe Trzy Prawa i zacytowałem je w moim czwartym opowiadaniu zatytułowanym Runaround. Ukazało się ono drukiem w maju 1942 roku na łamach Astounding, a tekst samych Praw pojawił się na stronie setnej. Specjalnie o to zadbałem, tam bowiem po raz pierwszy w historii świata, o ile się orientuję, padło słowo „robotyka”. W latach czterdziestych napisałem dla Astounding cztery dalsze opowiadania: Catch That Rabbit, Escape (tutaj Campbell zmienił tytuł na Paradoxical Escape, poniewaŜ przed dwoma laty opublikował juŜ inne opowiadanie pod tytułem Escape), Evidence oraz The Evitable Conflict. Ukazały się one kolejno na łamach Astounding w lutym 1944 roku, w sierpniu 1945, we wrześniu 1946 i w czerwcu 1950 roku. Od 1950 najpowaŜniejsze wydawnictwa, głównie Doubleday and Company, zaczęły publikować fantastykę naukową w twardej oprawie. W styczniu tego roku Doubleday wydał moją pierwszą ksiąŜkę, powieść pt. Kamyk na niebie, a ja w pocie czoła pracowałem juŜ nad następną. Fredowi Pohlowi, który przez jakiś czas był moim agentem, przyszło do głowy, Ŝe mógłbym wydać w jednej ksiąŜce moje opowiadania o robotach. Doubleday wprawdzie nie było zainteresowane zbiorem opowiadań, ale pomysł podchwyciło Ŝywo niewielkie wydawnictwo Gnome Press. STRONA 5Ósmego czerwca 1950 roku wręczyłem im maszynopisy opowiadań zebranych pod wspólnym tytułem Mind and Iron. Wydawca pokręcił głową. - Nazwijmy to I, Robot - powiedział. - Nie moŜemy - odparłem. - Przed dziesięciu laty tak właśnie zatytułował swoje opowiadanie Eando Binder. - A kogo to obchodzi? - odparł wydawca (przytaczam łagodną wersję tego, co naprawdę powiedział), więc dość niechętnie, wyraziłem zgodę na zmianę tytułu sugerowaną przez Gnomę Press. I, Robot ukazała się pod sam koniec roku 1950, jako druga ksiąŜka w moim dorobku pisarskim. Składała się z ośmiu opowiadań o robotach drukowanych przedtem w Astounding, ale ułoŜonych w innej kolejności, tak Ŝe stanowiły pewien logiczny ciąg. Ponadto włączyłem do zbioru moje pierwsze opowiadanie, Robbie, poniewaŜ - mimo Ŝe Campbell je odrzucił - darzyłem je wielkim sentymentem. W latach czterdziestych napisałem wprawdzie jeszcze trzy inne opowieści z cyklu robotów, które Campbell bądź odrzucił, bądź ich w ogóle nie widział, ale nie pasowały one logicznie do innych opowiadań i nie weszły do zbioru I, Robot. Utwory te oraz inne opowiadania o robotach, napisane w ciągu dziesięciu lat po ksiąŜkowym wydaniu I, Robot, znalazły się w zbiorze The Complete Robot, opublikowanym przez Doubleday w roku 1982. KsiąŜka nie zrobiła furory na rynku księgarskim, niemniej rok po roku sprzedawała się stale, choć powoli. Po pięciu latach wydała ją równieŜ brytyjska firma Armed Force, w tańszej twardej oprawie. I, Robot pojawił się równieŜ w wersji niemieckiej (moja pierwsza publikacja obcojęzyczna), a w roku 1956 doczekał się nawet paperbacku w New American Library. Jedynym moim zmartwieniem było Gnome Press, które dogorywało i nie przekazywało mi półrocznych rozliczeń, nie mówiąc juŜ o honorariach. Podobnie zresztą miała się rzecz z trzema ksiąŜkami z cyklu „Fundacja”, wydanymi w tej firmie. W roku 1961 Doubleday, widząc Ŝe Gnome Press nie ma szans na przzetrwanie, przejęło od nich prawa do I, Robot (i ksiąŜek z cyklu Fundacja”) - Od tej chwili pozycje te zaczęły funkcjonować o wiele lepiej - I, Robot do dzisiaj ma dodruki. A to juŜ przecieŜ trzydzieści trzy lata. W roku 1981 prawa do tej ksiąŜki zakupili producenci filmowi, ale jak dotąd nie doczekała się ekranizacji. Doczekała się natomiast tłumaczeń; o ile wiem - na osiemnaście języków, w tym na rosyjski i hebrajski. Ale zbyt wyprzedziłem rozwój wydarzeń. Wróćmy do roku 1952, kiedy to I, Robot jako publikacja Gnome Press z trudem przepychała się do przodu, a ja nie miałem realnych widoków na sukces. Wtedy to pojawiły się nowe, najwyŜszej próby czasopisma z gatunku science fiction, a wraz z nimi przyszedł prawdziwy boom w tej dziedzinie. W roku 1949 zaczął się ukazywać The Magazine ofFantasy and Science Fiction, a w 1950 - Galaxy Science Fiction. Tym samym John Campbell stracił swój monopol i w ten sposób zakończył się „złoty wiek” lat czterdziestych. Z uczuciem pewnej ulgi zacząłem pisywać dla Horace’a Golda, wydawcy Galaxy. Przez ostatnie osiem lat pracowałem wyłącznie dla Campbella i czułem, Ŝe zbyt jestem związany z jednym tylko wydawcą. Gdyby mu się coś przytrafiło, w równym stopniu dotknęłoby to mnie. Kiedy więc Gold zaczął kupować moje utwory, bardzo się uspokoiłem. Gold wydrukował w odcinkach moją drugą powieść, Gwiazdy jak pył…, choć zmienił tytuł na Tyrann, który w moim przekonaniu brzmiał okropnie. Ale Gold nie był jedynym człowiekiem, dla którego pisałem. Jedno opowiadanie o robotach sprzedałem Howardowi Browne’owi, który wydawał Amazing w tym krótkim okresie, kiedy STRONA 6pismo starało się utrzymywać wysoki poziom. Utwór ów, zatytułowany Satisfaction Guaranteed, ukazał się w roku 1951 w kwietniowym numerze tego magazynu. Był to jednak wyjątek. Nie chciałem juŜ więcej pisać opowiadań o robotach. Zbiór I, Robot stanowił naturalne zakończenie pewnego etapu mojej literackiej kariery. Zająłem się innymi sprawami. Gold, który drukował juŜ w odcinkach jedną moją powieść, koniecznie chciał opublikować następną, zwłaszcza kiedy najnowszą ksiąŜkę Prądy przestrzeni wziął do druku w odcinkach Campbell. Dziewiętnastego kwietnia 1952 roku dyskutowałem z Goldem pomysł mojej nowej powieści, która miałaby ukazać się w Galaxy. Wydawca doradzał powieść o robotach, ale ja zdecydowanie odmówiłem. O robotach pisywałem jedynie opowiadania, i miałem powaŜne wątpliwości, czy udałoby mi się sklecić na ten temat sensowną powieść. - AleŜ poradzisz sobie - kusił Gold. - Co myślisz o przeludnionym świecie, w którym pracę ludzi wykonują roboty? - Zbyt przygnębiające - odparłem. - Nie jestem przekonany, czy mam chęć pisać cięŜką, socjologiczną powieść. - Więc zrób to po swojemu. Lubisz kryminały. Wymyśl więc morderstwo w tym przeludnionym świecie, wymyśl detektywa, który ma rozwiązać zagadkę, a za partnera daj mu robota. Jeśli detektyw nie podoła zadaniu, zastąpi go robot. To był celny strzał. Campbell mawiał często, Ŝe kryminalne opowiadanie science fiction jest sprzecznością samą w sobie; w razie kłopotów detektyw moŜe nieuczciwie wykorzystywać wymyślane na poczekaniu wynalazki techniczne, co stanowiłoby naduŜycie wobec czytelnika. Zasiadłem zatem do pisania klasycznego kryminału, który nie byłby takim naduŜyciem, a zarazem byłby typowym utworem science fiction. W ten sposób powstała powieść Pozytonowy detektyw. Ukazała się drukiem w trzech kolejnych numerach Galaxy: w październiku, listopadzie i grudniu 1953 roku. W roku następnym wydrukowało ją wydawnictwo Doubleday jako moją jedenastą ksiąŜkę. Bez wątpienia Pozytonowy detektyw okazał się ksiąŜką, która po dziś dzień stanowi mój największy sukces. Sprzedawała się lepiej niŜ inne, wcześniejsze, od czytelników napływały niezwykle serdeczne listy, no i w Doubleday uśmiechano się do mnie tak ciepło jak nigdy dotąd. Do tej pory, zanim podpisali ze mną kontrakt, Ŝądali szkiców poszczególnych rozdziałów; teraz wystarczało im juŜ tylko moje zapewnienie, Ŝe pracuję nad kolejną ksiąŜką. Pozytonowy detektyw odniósł sukces tak ogromny, Ŝe nieuniknione okazało się napisanie jego drugiej części. Podejrzewam, Ŝe gdybym nie zaczął juŜ pisać prac popularnonaukowych, co sprawiało mi wielką frajdę, zabrałbym się za to natychmiast. Ostatecznie do Nagiego słońca zasiadłem dopiero w październiku 1955 roku. Kiedy jednak juŜ się zmobilizowałem, pisanie szło mi jak z płatka. Utwór stanowił jakby przeciwwagę poprzedniej ksiąŜki. Akcja Pozytonowego detektywa rozgrywa się na Ziemi, gdzie Ŝyje wiele istot ludzkich i nieliczne roboty. Nagie słońce dzieje się na Solarii, w świecie gdzie jest mnóstwo robotów, a ludzi niewielu. Co więcej, choć zasadniczo w swojej twórczości unikałem wątków romansowych, w Nagim słońcu zdecydowałem się taki motyw pomieścić. Byłem bardzo zadowolony z tej powieści i w głębi duszy uwaŜałem ją nawet za lepszą od Pozytonowego detektywa, ale na dobrą sprawę nie wiedziałem, co z nią zrobić. Do Campbella, który zajął się dziwaczną pseudonauką zwaną dianetyką, latającymi talerzami, psioniką i innymi wątpliwej wartości sprawami, trochę się zraziłem. Z drugiej jednak strony zbyt wiele mu zawdzięczałem i dręczyły mnie wyrzuty surnienia, Ŝe tak bezceremonialnie związałem się z STRONA 7Goldem, który wydrukował w odcinkach juŜ dwie moje powieści. Ale z narodzinami Nagiego słońca Gold nie miał nic wspólnego, mogłem więc dysponować tą powieścią wedle własnej woli. Zaproponowałem ją zatem Campbellowi, który nie namyślał się ani chwili. Ukazała się w trzech odcinkach Astounding w roku 1956, w numerach październikowym, listopadowym i grudniowym. Campbell tym razem nie próbował juŜ zmieniać tytułu. W roku 1957 powieść ukazała się w Doubleday jako moja dwudziesta ksiąŜka. Zrobiła taką samą karierę (jeśli nie większą) jak Pozytonowy detektyw i wydawnictwo Doubleday oświadczyło, Ŝe nie mogę na tych dwóch powieściach poprzestać. Powinienem napisać trzecią, tworząc tym samym trylogię, podobnie jak trylogię tworzyły moje wcześniejsze powieści z cyklu ,,Fundacja”. W pełni się z wydawnictwem zgadzałem. Miałem ogólny pomysł fabuły i wymyśliłem nawet tytuł - The Bounds of Infinity. W lipcu 1958 roku wyjechałem z rodziną na trzy tygodnie nad morze, do Marshfield w stanie Massachusetts. Planowałem napisać tam większą część powieści. Akcję umieściłem na Aurorze, gdzie relacja ludzie - roboty nie przechyla się ani na korzyść człowieka, jak w Pozytonowym detektywie, ani na korzyść robota, jak w powieści Nagie słońce. Co więcej, miałem zamiar rozbudować wątek miłosny. Tak to sobie wykombinowałem - ale coś nie wypaliło. W latach pięćdziesiątych coraz bardziej wciągało mnie pisanie ksiąŜek popularnonaukowych i dlatego po raz pierwszy w swojej karierze zacząłem tworzyć coś, co pozbawione było iskry boŜej. Po napisaniu czterech rozdziałów zniechęciłem się i zarzuciłem pomysł. Zdawałem sobie jasno sprawę, Ŝe nie podołam wątkowi romansowemu i nie zdołam stosownie wywaŜyć relacji człowiek - robot. I tak juŜ zostało. Minęło dwadzieścia pięć lat. Zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce nieustannie były wznawiane. Obie powieści pojawiły się na rynku razem pod tytułem The Robot Novels; ukazały się równieŜ łącznie z niektórymi moimi opowiadaniami w tomie zatytułowanym The Rest of Robots. Poza tym zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce doczekały się licznych wydań kieszonkowych. Tak więc przez dwadzieścia pięć lat czytelnicy nie stracili z nimi kontaktu i mam nadzieję, Ŝe przyniosły im one wiele radości. Mnóstwo osób pisało do mnie domagając się trzeciej powieści o robotach. Na zjazdach pytano mnie o nią wprost. Nigdy jeszcze tak usilnie nie nakłaniano mnie do napisania czegokolwiek (moŜe z wyjątkiem czwartej powieści z cyklu „Fundacja”). Jeśli ktoś pytał mnie, czy zamierzam napisać trzecią powieść o robotach, nieodmiennie odpowiadałem: „Tak, kiedyś zabiorę się za nią, więc módlcie się, Ŝebym Ŝył jak najdłuŜej”. Ja równieŜ - nie wiem dlaczego - czułem, Ŝe powinienem napisać tę powieść, ale lata mijały, a we mnie rosła pewność, Ŝe nie potrafię tego dokonać, i umacniałem się w smutnym przeświadczeniu, Ŝe trzecia powieść nigdy się nie narodzi. A jednak w marcu 1983 roku przedstawiłem wydawnictwu Doubleday „długo oczekiwaną” trzecią powieść z cyklu „Roboty”. Nosi ona tytuł Roboty z planety świtu i nie ma nic wspólnego z nieszczęsną próbą z 1958 roku*. Isaac Asimov Nowy Jork Baley STRONA 8Elijah Baley, znalazłszy się w cieniu drzewa, mruknął do siebie: - Wiedziałem. Pocę się. Wyprostował się, otarł czoło grzbietem dłoni i popatrzył z obrzydzeniem na wilgotną rękę. - Nienawidzę się pocić - powiedział do siebie, jakby ustalał nowe prawo natury. I znów poczuł Ŝal do wszechświata za stworzenie czegoś tak niezbędnego, a przy tym tak nieprzyjemnego. Nigdy (chyba Ŝe sam tego chcesz) nie pocisz się w Mieście, gdzie temperatura i wilgotność są dokładnie kontrolowane i gdzie ciało nie znajduje się w sytuacji, kiedy ciepło, które wytwarza, przewyŜsza to, które wydziela. Oto cywilizacja. Spojrzał na pole, na gromadę męŜczyzn i kobiet będących w pewnym sensie jego podwładnymi. Większość stanowiła młodzieŜ przed dwudziestką, ale zauwaŜył takŜe kilka osób tak jak i on w średnim wieku. Nieudolnie machali motykami, a takŜe wykonywali wiele innych prac zazwyczaj naleŜących do obowiązków robotów, którym - choć zrobiłyby to znacznie sprawniej - kazano stać z boku i patrzeć na uparcie mozolących się ludzi. Po niebie płynęły chmury i słońce na moment schowało się za jedną z nich. Baley niepewnie spojrzał w górę. To oznaczało, Ŝe promieniowanie słoneczne - a więc i proces pocenia- osłabnie. Jednak mogło takŜe zapowiadać deszcz. Na tym polegał problem z Zewnętrzem. Nieustająca huśtawka nieprzyjemnych alternatyw. Zawsze zdumiewało Baleya, Ŝe taki niewielki obłok moŜe całkowicie zasłonić słońce, zacieniając ziemię aŜ po horyzont, choć reszta nieba pozostaje bezchmurna. Stał pod baldachimem liści, który tworzyło coś w rodzaju prymitywnej ściany i sufitu, wspartej na filarze pokrytym przyjemną w dotyku korą, i znów patrzył na gromadę ludzi, uwaŜnie przyglądając się kaŜdemu z osobna. Przychodzili tu raz na tydzień, niezaleŜnie od pogody. Zyskiwali teŜ nowych zwolenników. Początkowa, mała grupka uparciuchów stała się teraz zdecydowanie liczniejsza. Władze Miasta, jeśli nawet nie popierały tego przedsięwzięcia, były łaskawe nie stawiać przeszkód. Na horyzoncie po prawej ręce Baleya - na wschodzie, jak wynikało z połoŜenia popołudniowego słońca - widział wysokie, sterczące kopuły Miasta, zamykające wszystko, dla czego warto Ŝyć. Zobaczył teŜ małą, poruszającą się plamkę, która była za daleko, Ŝeby ją rozpoznać. Po sposobie, w jaki punkcik się przemieszczał, oraz po innych mniej wyraźnych oznakach Baley stwierdził, Ŝe to robot - co nie było niczym niezwykłym. Powierzchnia ziemi poza Miastami była domeną robotów, a nie ludzi - oprócz nielicznych, takich jak Baley, którzy marzyli o gwiazdach. Mimowolnie wrócił spojrzeniem do machających motykami marzycieli. Wszystkich znał i mógł nazwać po imieniu. Pracowali, ucząc się jak znosić Zewnętrze i… Zmarszczył brwi i mruknął cicho: - A gdzie Bentley? Odpowiedział mu młody głos, pełen radości Ŝycia. - Tu jestem, tato. Baley obrócił się błyskawicznie. - Nie rób tego, Ben. - Czego? - Nie skradaj się do mnie. Mam dość kłopotów z zachowaniem równowagi tutaj, w Zewnętrzu, nie musisz jeszcze mnie straszyć. STRONA 9- Wcale nie chciałem cię przestraszyć. Trudno robić hałas idąc po trawie. Nic nie moŜna na to poradzić… Czy nie uwaŜasz, Ŝe powinieneś juŜ wracać, tato? Jesteś tu juŜ od dwóch godzin i myślę, Ŝe masz dość. - Dlaczego? PoniewaŜ mam czterdzieści pięć lat, a ty jesteś dziewiętnastoletnim smarkaczem? UwaŜasz, Ŝe musisz opiekować się swoim zgrzybiałym ojcem, tak? - No chyba tak. Za to jako wywiadowca spisałeś się doskonale. Dotarłeś do sedna sprawy. Okrągłą twarz Bena rozjaśnił szeroki uśmiech. Patrzył na ojca błyszczącymi oczami. Ma w sobie wiele z Jessie - pomyślał Baley - bardzo przypomina matkę. Rysy chłopca rzeczywiście zdradzały tylko niewielkie podobieństwo do posępnej, owalnej twarzy ojca. Natomiast sposób myślenia przejął Ben od niego. A czasem, gdy się zamyślił, marszczył czoło w sposób świadczący niezbicie, czyim jest synem. - Czuję się doskonale - rzekł Baley. - Oczywiście, tato. Trzymasz się najlepiej z nas wszystkich, zwaŜywszy… - ZwaŜywszy na co? - Na twój wiek, rzecz jasna. I wcale nie zapominam, Ŝe to był twój pomysł. Mimo to zobaczyłem, Ŝe schowałeś się w cieniu, i pomyślałem, Ŝe… no, moŜe staruszek ma dość. - Ja ci dam staruszka - obruszył się Baley. Robot, którego zauwaŜył opodal Miasta, był juŜ dostatecznie blisko, Ŝeby go dokładnie obejrzeć, ale Baleya to nie interesowało. Zwrócił się natomiast do syna: - Trzeba od czasu do czasu schować się w cieniu, kiedy słońce grzeje zbyt mocno. Musimy nauczyć się korzystać z zalet przebywania w Zewnętrzu, tak samo jak znosić związane z tym niewygody. Zaraz zza tej chmury wyjrzy słońce. - Masz rację. No cóŜ, moŜe wrócimy? - Zostanę jeszcze. Raz na tydzień mam wolne popołudnie i spędzam je tutaj. To mój przywilej. Otrzymałem go razem z klasą C–7. - Nie chodzi o przywilej, tato. Chodzi o to, Ŝe jesteś przemęczony. - Mówię ci, Ŝe czuję się znakomicie. - Pewnie. A kiedy przyjdziemy do domu, od razu pójdziesz do łóŜka i będziesz leŜał w ciemności. - Zwykłe antidotum na nadmiar słońca. - Mamę to niepokoi. - No cóŜ, niech trochę się pomartwi. To jej dobrze zrobi. Ponadto, co złego w tym, Ŝe trochę tu posiedzę? Najgorsze jest to, Ŝe się pocę, jednak do tego po prostu muszę się przyzwyczaić. Nie moŜna inaczej. Kiedy zacząłem, nie potrafiłem odejść nawet kilku metrów od Miasta, nie oglądając się za siebie - a wtedy tylko ty mi towarzyszyłeś. Teraz spójrz, ilu nas jest i jak daleko mogę odejść bez Ŝadnych problemów. Potrafię teŜ więcej znieść. Wytrzymam jeszcze godzinę. Z łatwością. Mówię ci, Ben, twojej matce dobrze zrobiłoby, gdyby teŜ tu przyszła. - Kto? Mama? Chyba Ŝartujesz. - To wcale nie są Ŝarty. Kiedy nadejdzie czas odlotu, nie będę mógł lecieć ze względu na nią. - I będziesz z tego zadowolony. Nie oszukuj się, tato. To przecieŜ nie nastąpi zaraz. A jeśli nie jesteś za stary dziś, na pewno będziesz wówczas. Takie przedsięwzięcie jest dla młodych ludzi. - Wiesz co - warknął Baley, zaciskając pięści. - Jesteś taki sprytny, z tymi twoimi „młodymi ludźmi”. Czy byłeś juŜ na innej planecie? Czy któryś z tych tam na polu opuścił kiedyś Ziemię? A ja tak. Dwa lata temu. Nie miałem Ŝadnej aklimatyzacji i przeŜyłem. - Tak, tato, ale ta słuŜbowa podróŜ trwała krótko, a ponadto miałeś bardzo dobrą opiekę. To nie to samo. STRONA 10- To samo - upierał się Baley, w głębi serca wiedząc, Ŝe nie ma racji. - A zresztą przygotowania do odlotu nie potrwają tak długo. Jeśli otrzymam zgodę na przelot na Aurorę, oderwiemy się od Ziemi. - Zapomnij o tym. To nie będzie takie łatwe. - Musimy spróbować. Rząd nie wypuści nas, jeśli Aurora nie wyrazi zgody na nasz przylot. To największy i najpotęŜniejszy z kosmicznych światów, a jego opinia… - Liczy się! Wiem. Dyskutowaliśmy na ten temat milion razy. Jednak nie potrzebujemy tam lecieć, Ŝeby je otrzymać. Są takie rzeczy jak promieniowanie transmisyjne. MoŜemy z nimi porozmawiać siedząc tutaj. Przypominałem ci juŜ o tym nieraz. - To nie to samo. Musimy mieć bezpośredni kontakt - ja teŜ mówiłem ci to wielokrotnie. - Baley nie ustępował. - W kaŜdym razie - powiedział Ben - jeszcze nie jesteśmy gotowi. - Nie jesteśmy, poniewaŜ Ziemia nie chce nam dać statków. Przestrzeniowcy udostępnią je razem z niezbędną pomocą techniczną. - Co za pewność! Dlaczego mieliby to zrobić. Od kiedy zaczęli Ŝywić takie ciepłe uczucia do nas, krótko Ŝyjących Ziemian? Gdybym mógł z nimi porozmawiać… - Daj spokój, tato. Po prostu chcesz polecieć na Aurorę, Ŝeby zobaczyć tę kobietę. Baley zmarszczył czoło i jego brwi nad głębokimi oczodołami nastroszyły się groźnie. - Kobietę? Jehoshaphat! Ben, o czym ty mówisz? - Eee, tato, tak między nami - i ani słowa mamie - co naprawdę zaszło między tobą a tą Solarianką? Jestem juŜ duŜy. MoŜesz mi powiedzieć. - Jaka kobieta? - Potrafisz patrzeć mi w oczy i zaprzeczać znajomości z Solarianką, którą oglądała cała Ziemia? Gladia Delmarre, o niej mówię. - Nic nie zaszło. Ten film to bzdura. Powtarzałem ci to tysiąc razy. Ona wcale tak nie wyglądała. Ja tak nie wyglądałem. Wszystko zostało wymyślone. Wiesz przecieŜ, Ŝe wyprodukowali to wbrew mojej woli, poniewaŜ rząd uwaŜał, Ŝe w ten sposób ukaŜe Przestrzeniowcom Ziemię w dobrym świetle. Postaraj się nie sugerować czegoś innego twojej matce. - Nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Jednak ta Gladia udała się na Aurorę i ty teŜ chcesz tam polecieć. - Czy próbujesz mi powiedzieć, Ŝe naprawdę uwaŜasz, iŜ chcę lecieć na Aurorę… Jehoshaphat! Jego syn uniósł brwi. - Co się stało? - Ten robot. To R. Geronimo. - Kto? - Robot-goniec z naszego wydziału. Wyszedł z Miasta! Mam wolne i celowo zostawiłem telefon w domu, bo nie chciałem, Ŝeby zawracali mi głowę. Mam taki przywilej jako C–7, a jednak wysłali po mnie robota. - Skąd wiesz, Ŝe po ciebie, tato? - Drogą dedukcji. Po pierwsze: nie ma tu nikogo innego, kto miałby coś wspólnego z policją; po drugie: on idzie prosto w naszą stronę, a więc wnioskuję, Ŝe to mnie szuka. Powinienem schować się za drzewo i nie wychodzić. - To nie mur, tato. Robot moŜe je obejść. - Panie Baley, mam dla pana wiadomość. Czekają na pana w Komendzie Głównej - rozległo się wołanie. STRONA 11Robot stanął, chwilę czekał, po czym powtórzył jeszcze raz: - Panie Baley, mam dla pana wiadomość. Czekają na pana w Komendzie Głównej. - Słyszę i rozumiem - odparł zrezygnowany Baley. Taka odpowiedź była konieczna, w przeciwnym razie robot powtarzałby swoje bez końca. Baley lekko zmarszczył brwi, oglądając posłańca. To był nowy model, bardziej podobny do człowieka niŜ starsze wersje. Z wielką pompą został uruchomiony zaledwie przed miesiącem. Rząd zawsze próbował wszystkiego, co mogłoby zapewnić społeczną akceptację robotów. Ten miał szarawą powierzchnię z matowym połyskiem, trochę elastyczną w dotyku, przypominającą miękką skórę. Wyraz jego twarzy, choć niezmienny, nie był tak głupawy, jak u większości robotów. Jednak w rzeczywistości poziomem rozwoju umysłowego - podobnie jak inne - niewiele odbiegał od kretyna. Baley wspomniał R. Daneela Olivawa, robota Przestrzeniowców, towarzyszącego mu w trakcie wykonywania dwóch zadań - jednego na Ziemi, a drugiego na Solarii - którego widział po raz ostatni, gdy Daneel konsultował z nim sprawę lustrzanego odbicia. Wykazywał on tyle ludzkich cech, Ŝe Baley traktował go jak przyjaciela i tęsknił za nim, nawet teraz. Gdyby wszystkie roboty były takie… - Mam dziś wolny dzień, chłopcze - powiedział Baley. - Nie muszę iść do pracy. R. Geronimo milczał, tylko ręce lekko mu drŜały. Baley wiedział, iŜ oznacza to jakiś konflikt w pozytonowych układach robota. Maszyna musiała słuchać ludzi, lecz często zdarzało się, Ŝe dwie osoby Ŝądały wykonania wzajemnie sprzecznych poleceń. Robot dokonał wyboru. Powiedział: - Ma pan dziś wolny dzień. Czekają na pana w Komendzie Głównej. - Jeśli cię potrzebują, tato… - rzekł niechętnie Ben. Baley wzruszył ramionami. - Nie przesadzaj, synu. Gdyby naprawdę mnie tak potrzebowali, przysłaliby zamknięty pojazd i jakiegoś człowieka na ochotnika, zamiast posyłać piechotą robota i irytować mnie jego komunikatami. Ben potrząsnął głową. - PrzecieŜ nie wiedzieli, gdzie jesteś i jak długo trzeba będzie cię szukać. Sądzę, Ŝe dlatego nie wysyłali człowieka. - Tak? No cóŜ, zobaczmy, jak waŜne jest to polecenie. R. Geronimo, wracaj na komendę i powiedz, Ŝe będę w pracy o dziewiątej - zwrócił się do robota. - Idź! To rozkaz! - dorzucił ostro. Robot wyraźnie się zawahał, po czym odszedł kawałek, zawrócił, zbliŜył się nieco do Baleya, a w końcu stanął jak wryty, trzęsąc się całym ciałem. Baley rozpoznał objawy i mruknął do Bena: - Chyba będę musiał pójść. Jehoshaphat! Robot nie radził sobie z tym, co specjaliści określali mianem równopotencjalnych sprzeczności na drugim poziomie. Posłuszeństwo było Drugim Prawem i R. Geronimo właśnie otrzymał dwa niemal równowaŜne, a zarazem przeciwstawne rozkazy. Powszechnie nazywano taką sytuację roboblokiem albo - częściej - roblokiem. Robot powoli zwrócił się ku niemu. Pierwsze polecenie było waŜniejsze, ale tylko trochę, dlatego mówił niewyraźnie. - Panie, powiedziano mi, Ŝe moŜesz tak odpowiedzieć. W takim wypadku miałem przekazać… - Urwał i dodał ochrypłym głosem: - Miałem przekazać, jeśli będziesz sam. Baley lekko poruszył głową i Ben nie czekał. Wiedział, kiedy ojciec jest tatą, a kiedy policjantem, odszedł więc szybko na bok. Zirytowany Baley przez chwilę zastanawiał się, czy nie wzmocnić swojego polecenia, pogłębiając w ten sposób blok, lecz to z pewnością spowodowałoby uszkodzenie wymagające STRONA 12analizy pozytonowej i przeprogramowania. Koszt, mogący równać się całorocznym zarobkom policjanta, zostałby potrącony z pensji Baleya. - Cofam rozkaz - powiedział. - Co miałeś przekazać? R. Geronimo natychmiast zaczął mówić wyraźnie. - Kazano mi powiedzieć, Ŝe jest pan potrzebny w związku z Aurorą. Baley obrócił się do Bena i zawołał: - Daj im jeszcze pół godziny, a potem powiedz, Ŝe mają wracać. Muszę iść. Ruszając, rzekł z pretensją w głosie do robota: - Dlaczego nie kazali ci powiedzieć tak od razu? I dlaczego nie mogli zaprogramować cię tak, Ŝebyś wziął wóz i oszczędził mi spaceru? Dobrze wiedział, dlaczego. Jakikolwiek wypadek, w który byłby wplątany robot, wywołałby falę nowych zamieszek skierowanych przeciwko tym maszynom. Przyspieszył kroku. Od murów Miasta dzieliły go dwa kilometry, a później będzie musiał przedrzeć się do centrali w godzinie szczytu. Aurora? CzyŜby jakiś kolejny kryzys? Minęło pół godziny, zanim Baley dotarł do bramy miejskiej, przygotowany na to, co nastąpi. Choć moŜe tym razem będzie inaczej. Podszedł do płaszczyzny dzielącej Zewnętrze od Miasta - mur odgraniczający chaos od cywilizacji. PołoŜył dłoń na płytce kontaktowej i pojawił się otwór. Jak zwykle, Baley nie czekał, aŜ przejście się otworzy do końca, lecz prześlizgnął się przez nie, gdy tylko było wystarczająco szerokie. R. Geronimo poszedł w jego ślady. Policyjny wartownik drgnął zaskoczony. Za kaŜdym razem, gdy ktoś przychodził z Zewnętrza, miał takie samo niedowierzanie w oczach, tak samo stawał na baczność, tak samo kładł dłoń na kolbie blastera i tak samo marszczył brwi. Baley spojrzał ostro i wartownik, pręŜąc się słuŜbiście, zasalutował. Drzwi zniknęły. Baley znalazł się w Mieście. Ściany wokół zamknęły się, a Miasto stało się wszechświatem. Znów był zanurzony w bezkresnym, wiecznym szumie, odorze ludzi i maszyn, który niebawem zapadnie w podświadomość; w łagodnym, rozproszonym świetle, nie przypominającym bezpośredniego, zmiennego blasku w Zewnętrzu, z jego zielenią, brązem, błękitem i bielą przerywanymi czerwienią lub Ŝółcią. Tu nie było podmuchów wiatru, skwaru, chłodu ani zapowiedzi deszczu; zamiast tego była cicha, nieustająca obecność łagodnych prądów powietrza, utrzymujących świeŜość. Temperaturę i wilgotność dobrano tak precyzyjnie do wymagań ludzkich organizmów, Ŝe ich nie odczuwano. Baley mimowolnie odetchnął z ulgą i poweselał, gdy stwierdził, Ŝe znów jest w domu, bezpieczny w znanym mu i znającym go środowisku. Zawsze tak było. Ponownie zaakceptował Miasto jako łono, wracając tu z ulgą i zadowoleniem. Wiedział, Ŝe to łono zrodziło ludzkość. Dlaczego jednak tak chętnie pogrąŜał się w nim z powrotem? I czy zawsze tak będzie? A jeśli się mu uda wyprowadzić niezliczone rzesze z Miasta i z Ziemi do gwiazd, czy naprawdę sam nigdzie stąd nie wyruszy? Czy zawsze tylko w Mieście będzie się czuł jak w domu? Zacisnął zęby - roztrząsanie tego nie miało sensu. - Czy przyjechałeś tu pojazdem, chłopcze? - zwrócił się do robota. - Tak, panie. - Gdzie on teraz jest? - Nie wiem, panie. Baley zwrócił się do wartownika. - Tego robota dostarczono tu dwie godziny temu. Co stało się z pojazdem, którym przyjechał? STRONA 13- Przed godziną został gdzieś wezwany, sir. Niepotrzebnie pytał. Ci w samochodzie nie wiedzieli, jak długo robot będzie go szukał, więc nie czekali. Baley przez chwilę miał ochotę ich wezwać, ale poradziliby mu, Ŝeby skorzystał z ruchomego chodnika; tak będzie szybciej. Jedynym powodem jego wahania była obecność R. Geronima. Nie chciał, aby towarzyszył mu on na pasie szybkiego ruchu, ale nie mógł oczekiwać, Ŝe robot przedrze się do komendy przez wrogo nastawione tłumy. Nie miał wyboru. Niewątpliwie komisarz nie zamierzał niczego mu ułatwiać. Na pewno złościło go, Ŝe nie moŜe wezwać Baleya przez telefon. - Tędy, chłopcze - rzekł Baley. Miasto zajmowało pięć tysięcy kilometrów kwadratowych i miało przeszło czterysta kilometrów ekspresstrady, plus setki kilometrów ruchomych chodników, słuŜących z górą dwudziestu milionom mieszkańców. Skomplikowana sieć połączeń biegła na ośmiu poziomach, przecinając się w setkach miejsc, co umoŜliwiało przesiadki w róŜnych kierunkach. Jako wywiadowca, Baley musiał znać ją na pamięć. MoŜna by go wywieźć z zawiązanymi oczami w najdalszy kąt Miasta, zdjąć opaskę, a bezbłędnie odnalazłby drogę powrotną. Tak więc i teraz dobrze wiedział, jak dostać się do centrali. Miał do wyboru osiem róŜnych tras, lecz przez chwilę zastanawiał się, która z nich będzie o tej porze najmniej zatłoczona. Tylko przez chwilę. - Chodź ze mną, chłopcze - rzekł. Robot posłusznie ruszył za nim. Skoczyli na pobliski pas transportowy i Baley przytrzymał się jednego z pionowych prętów: białego, ciepłego, o powierzchni umoŜliwiającej dobry chwyt. Nie chciał siadać; nie zostaną tu długo. Robot zaczekał na przyzwalający gest Baleya, zanim złapał się tego samego pręta. Równie dobrze mógł tego nie robić - bez trudu utrzymywał równowagę - ale Baley nie zamierzał ryzykować. Odpowiadał za robota i musiałby zapłacić Miastu, gdyby R. Geronimo uległ uszkodzeniu. Na pasie jechało juŜ kilka osób i wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na robota. Baley przechwycił te spojrzenia, a poniewaŜ jego wygląd budził respekt, gapie szybko poodwracali głowy. Dał znak ręką i zeskoczył z pasa. Właśnie dotarli do punktu przesiadkowego, a poniewaŜ poruszali się z taką samą szybkością jak sąsiedni pas, więc nie musieli zwalniać. Baley przeszedł na drugi i poczuł pęd powietrza - teraz juŜ nie osłaniała ich plastikowa kabina. Podniósł jedno ramię na wysokość oczu, Ŝeby złagodzić napór powietrza. Zjechał w dół, do przecięcia z ekspresstradą, a potem zaczął wjeŜdŜać w górę pasem biegnącym równolegle do niej. Usłyszał młody głos wołający „robot!” i dobrze wiedział, co zaraz nastąpi. Grupka kilku chłopców przebiegnie po pasie i popchnięty robot ze szczękiem runie w dół. Potem zatrzymany nastolatek, jeśli w ogóle stanie przed sądem, będzie twierdził, Ŝe robot wpadł na niego, Ŝe stanowił zagroŜenie dla podróŜnych - i z pewnością zostanie uniewinniony. Robot nie mógł ani się obronić, ani zeznawać w sądzie. Baley zareagował natychmiast, ustawiając się między pierwszym nastolatkiem a robotem. Przeszedł na szybszy pas, podniósł rękę wyŜej - jakby osłaniając się przed silniejszym podmuchem wiatru - i nieznacznym ruchem łokcia zepchnął chłopca na sąsiednie, wolniejsze pasmo, na co tamten zupełnie nie był przygotowany. Krzycząc ze strachu, stracił równowagę i upadł. Pozostali przystanęli, szybko ocenili sytuację i pospiesznie czmychnęli. - Na autostradę, chłopcze. STRONA 14R. Geronimo zawahał się. Robotom nie było wolno bez opieki jeździć drogą szybkiego ruchu, lecz otrzymał stanowczy rozkaz, więc go wykonał. Człowiek podąŜył za nim i to uspokoiło maszynę. Baley przecisnął się przez tłum podróŜnych, popychając przed sobą R. Geronima. Przeszedł na mniej zatłoczony górny poziom, złapał się pręta i jedną nogą mocno przydepnął stopę robota, zniechęcając wszystkich gapiów groźnym spojrzeniem. Po piętnastu kilometrach znalazł się w pobliŜu komendy i wysiadł. R. Geronimo poszedł za nim. Był nie uszkodzony, nawet nie draśnięty. Baley zwrócił go i otrzymał pokwitowanie. Dokładnie sprawdził datę, czas i numer seryjny robota, po czym schował kwit do portfela. Zanim skończy się ten dzień, sprawdzi i upewni się, Ŝe zwrot został zarejestrowany przez komputer. Teraz szedł na spotkanie z komisarzem. Znał go dobrze. Wiedział, Ŝe gdyby spotkało go jakiekolwiek niepowodzenie, będzie ono powodem degradacji. Okropny facet. Traktował dotychczasowe sukcesy Baleya jako osobistą zniewagę. Komisarzem był Wilson Roth. Objął to stanowisko dwa i pół roku temu. Zajął miejsce Juliusa Enderby’ego, który podał się do dymisji, kiedy osłabło wzburzenie wywołane morderstwem Przestrzeniowca. Baley nigdy nie pogodził się z tą zmianą. Julius, mimo wszystkich swoich wad, był zarówno przyjacielem, jak i zwierzchnikiem; Roth był tylko zwierzchnikiem. Nawet nie wychował się w Mieście. Nie w tym Mieście. Ściągnięto go tutaj. Roth nie był ani zbyt wysoki, ani zbyt gruby. Uwagę jedynie zwracała jego wielka głowa, osadzona na wysuniętym do przodu karku. To nadawało mu cięŜkawy wygląd. Oczy miał na pół przysłonięte opadającymi powiekami. Wyglądał na wiecznie zaspanego, ale wszystko zauwaŜał. Baley przekonał się o tym, gdy tylko tamten objął stanowisko. Wiedział, Ŝe Roth go nie lubi i sam Ŝywił podobne uczucia do niego. Komisarz nie wyglądał na rozzłoszczonego - nigdy nie sprawiał takiego wraŜenia - lecz w głosie słychać było niezadowolenie. - Baley, dlaczego tak trudno cię znaleźć? - zapytał. - PoniewaŜ dziś mam wolne popołudnie, komisarzu - odparł spokojnie wywiadowca. - Tak, ten przywilej C–7. Słyszałeś coś o biperze, prawda? O takim czymś, co odbiera wiadomości? MoŜesz zostać wezwany, nawet w wolnym czasie. - Wiem o tym bardzo dobrze, komisarzu, ale teraz Ŝadne przepisy nie nakazują noszenia bipera. MoŜna nas wezwać bez niego. - Na obszarze Miasta tak, ale ty przebywałeś w Zewnętrzu - a moŜe się mylę? - Nie myli się pan, komisarzu. Wyszedłem z Miasta. Przepisy nie nakazują, abym w takim wypadku nosił biper. - Zasłaniasz się literą prawa, tak? - Tak, komisarzu - odparł chłodno Baley. Roth wstał, rozejrzał się wokół nieco groźnie, po czym usiadł na biurku. Zainstalowane przez Enderby’ego okno dawno zostało zamurowane i zamalowane. W zamkniętym pomieszczeniu komisarz wydawał się wyŜszy. Nie podnosząc głosu powiedział: - Myślę, Baley, Ŝe liczysz na wdzięczność Ziemi. - Mam zamiar wykonywać moją pracę, komisarzu, najlepiej jak umiem i zgodnie z przepisami. - A kiedy naginasz przepisy, spodziewasz się pobłaŜliwości. Baley nic na to nie odpowiedział, komisarz zaś ciągnął dalej: - Uznano, Ŝe dobrze poradziłeś sobie ze sprawą morderstwa Sartona przed trzema laty. - Dzięki, komisarzu - odparł Baley. - Sądzę, Ŝe to doprowadziło do demontaŜu Kosmopola. STRONA 15- Tak, przy aplauzie Ziemian. Uznano równieŜ, iŜ dobrze się spisałeś dwa lata temu na Solarii. Pragnę cię zapewnić, Ŝe wiem, iŜ rezultatem była zmiana warunków traktatu ze światami Przestrzeniowców na znacznie korzystniejsze dla Ziemi. - Myślę, Ŝe to jest w aktach, sir. - Zostałeś uznany za bohatera. - Nigdy tego nie twierdziłem. - Byłeś dwukrotnie awansowany, po kaŜdej z tych spraw. Powstał nawet film oparty na wydarzeniach, które miały miejsce na Solarii. - Zrobiony bez mojej zgody i wbrew mojej woli, komisarzu. - Lecz przedstawia cię jako bohatera. Baley wzruszył ramionami. Komisarz bezskutecznie czekał kilka sekund na reakcję, po czym ciągnął dalej: - Od tamtej pory minęły prawie dwa lata i nie dokonałeś niczego waŜnego. - Rozumiem, Ŝe Ziemię moŜe interesować, co dla niej ostatnio zrobiłem. - Właśnie. I zapewne zapyta o to. Wiadomo, Ŝe jesteś przywódcą nowego ruchu skupiającego tych, którzy próbują przebywać w Zewnętrzu, grzebią w ziemi i udają roboty. - To dozwolone. - Nie wszystko, co dozwolone, jest mile widziane. Myślę, Ŝe wielu ludzi uwaŜa cię za dziwaka, a nie bohatera. - MoŜe to się zgadza z moją własną opinią o sobie - rzekł Baley. - Publiczność jest znana z notorycznie krótkiej pamięci. W twoim wypadku bohater moŜe szybko zostać uznany za dziwaka, więc jeśli popełnisz błąd, będziesz miał powaŜne kłopoty. Reputacja, na jaką liczysz… - Z całym szacunkiem, komisarzu, na nic nie liczę. - Reputacja, na jaką zdaniem Wydziału Policji liczysz, nie pomoŜe ci i ja takŜe nie będę w stanie pomóc. Przez chwilę na kamiennej twarzy Baleya pojawił się cień uśmiechu. - Nie chciałbym, aby ryzykował pan swoje stanowisko, podejmując jakąś rozpaczliwą próbę ratowania mnie. Komisarz wzruszył ramionami i uśmiechnął się równie przelotnie. - Nie musisz się o to martwić. - Dlaczego więc mówi mi pan o tym? - To jest ostrzeŜenie. Nie próbuję cię zniszczyć, zrozum. Daję jedynie przestrogę na przyszłość. Będziesz zamieszany w niezwykle delikatne sprawy i z łatwością moŜesz popełnić błąd, a ja uprzedzam, Ŝe nie wolno go popełnić. Przy tych słowach na twarzy komisarza pojawił się szeroki uśmiech. Baley obrzucił go powaŜnym spojrzeniem. - Czy moŜe mi pan wyjawić, co to za delikatna sprawa? Nie wiem. - Czy chodzi o Aurorę? - R. Geronimo dostał instrukcje, Ŝeby tak powiedzieć w razie potrzeby, ale ja nic o tym nie wiem. - A więc dlaczego pan twierdzi, Ŝe to bardzo delikatna sprawa? - Daj spokój, Baley, ty jesteś specem od zagadek. Jak myślisz, co sprowadza członka Departamentu Sprawiedliwości do Miasta, skoro mogli ściągnąć cię do Waszyngtonu, tak jak dwa lata temu w sprawie incydentu na Solarii? I co sprawia, Ŝe przedstawiciel ten marszczy brwi, denerwuje się i niecierpliwi, kiedy nie moŜna cię znaleźć? Twoja decyzja, Ŝeby nie być STRONA 16osiągalnym, była pomyłką, za którą ja nie ponoszę Ŝadnej odpowiedzialności. MoŜe nie był to fatalny błąd, ale sądzę, Ŝe kiepsko zacząłeś. - A pan jeszcze mnie teraz zatrzymuje - powiedział Baley, marszcząc brwi. - Niezupełnie. Gość z Departamentu właśnie się odświeŜa Wiesz, co to za eleganciki. Dołączy do nas, kiedy skończy. Wiadomość o twoim przybyciu została przekazana, więc czekaj, tak samo jak ja. I Baley czekał. Od dawna wiedział, Ŝe film zrobiony wbrew jego woli, chociaŜ pomógł Ziemi, pogorszył jego stosunki w komendzie. Stworzono mu trójwymiarowy portret, który wyróŜniał go z dwuwymiarowej szarzyzny organizacji i czynił celem ataków. Otrzymał awans i przywileje, ale to takŜe zwiększyło wrogie nastawienie komendy. A im wyŜej awansuje, tym bardziej potłucze się, jeśli spadnie. JeŜeli popełni błąd… Przedstawiciel Departamentu wszedł, obojętnie rozejrzał się wokół, zbliŜył się do biurka Rotha i usiadł. Zachowywał się jak przystało urzędnikowi wysokiej rangi. Roth spokojnie zajął sąsiedni fotel. Baley w dalszym ciągu stał i usiłował nie okazywać zdziwienia. Roth mógł go ostrzec, ale nie zrobił tego. Specjalnie tak dobierał słowa, Ŝeby niczego nie zdradzić. Przedstawiciel okazał się kobietą. Nie było Ŝadnego powodu, który by to wykluczał. KaŜdy urzędnik moŜe być kobietą, nawet sekretarz generalny. Kobiety słuŜyły takŜe w policji, jedna nawet w stopniu kapitana. Lecz Baley nie spodziewał się, Ŝe właśnie teraz ją spotka. Historia znała wypadki, kiedy kobiety zajmowały wiele stanowisk w administracji. Wiedział o tym; dobrze znał historię. Jednak obecnie były inne czasy. Kobieta siedziała sztywno wyprostowana w fotelu. Jej mundur niewiele róŜnił się od męskiego, tak samo jak fryzura. Płeć zdradzały jedynie piersi, których wypukłości nie starała się ukryć. Miała około czterdziestu lat, regularne i wyraziste rysy twarzy. Była atrakcyjną kobietą w średnim wieku, dość wysoką brunetką, jeszcze bez śladów siwizny. - Pan jest wywiadowcą Elijahem Baleyem, klasa C-7. To było stwierdzenie, a nie pytanie. - Tak, proszę pani - odpowiedział mimo to Baley. - Ja jestem podsekretarzem i nazywam się Lavinia Demachek. Wcale nie wygląda pan tak jak na filmie, który o panu nakręcono. Często mu to mówiono. - Nie mogli zrobić wiernego portretu, poniewaŜ nie zyskałby wielu widzów, proszę pani - rzekł sucho Baley. - Nie jestem pewna. Wygląda pan lepiej niŜ ten aktor o twarzy dziecka, którego zaangaŜowali. Baley zawahał się sekundę, lecz postanowił zaryzykować, a moŜe po prostu nie mógł się oprzeć pokusie. Powiedział z pewnością siebie: - Ma pani dobry gust. Roześmiała się i Baley odetchnął. - Ale dlaczego kazał mi pan na siebie czekać? - Nie poinformowano mnie o pani przybyciu, a właśnie miałem wolne popołudnie. - Które spędzał pan w Zewnętrzu, jak słyszałam. - Istotnie. - Powiedziałabym, Ŝe jest pan jednym z tych czubków, gdybym nie miała tak dobrego gustu. A więc zamiast tego zapytam, czy jest pan jednym z tych entuzjastów. STRONA 17- Tak, proszę pani. - Spodziewa się pan wyemigrować pewnego dnia i znaleźć nowe światy wśród pustki Galaktyki? - Raczej nie. Mogę juŜ być za stary, ale… - Ile pan ma lat? - Czterdzieści pięć. - No, wygląda pan na tyle. Tak się składa, Ŝe ja mam teŜ czterdzieści pięć lat. - Nie wygląda pani na tyle. - Na więcej czy na mniej? Znów się roześmiała, a potem dodała: - Jednak nie bawmy się w słowne gierki. Czy uwaŜa pan, Ŝe jestem za stara na pionierkę? - Nikt z nas nie moŜe być pionierem bez treningu w Zewnętrzu. Szkolenie najlepiej odbyć za młodu. Mam nadzieję, Ŝe mój syn pewnego dnia stanie na innej planecie. - Naprawdę? Chyba pan wie, Ŝe Galaktyka naleŜy do Światów Zaziemskich. - Jest ich tylko pięćdziesiąt, proszę pani. W Galaktyce są miliony planet nadających się do zasiedlenia - albo do przysposobienia - nie zamieszkanych przez inteligentne formy Ŝycia. - Tak, ale Ŝaden statek nie moŜe opuścić Ziemi bez zgody Przestrzeniowców. - MoŜe ją otrzymamy. - Nie podzielam pańskiego optymizmu, panie Baley. - Rozmawiałem z Przestrzeniowcami, którzy… - Wiem o tym - powiedziała Demachek. - Moim zwierzchnikiem jest Albert Minnim, który dwa lata temu wysłał pana na Solarię. Pozwoliła sobie na lekki uśmieszek. - O ile pamiętam, aktor, który grał jego rolę w tym programie, był do niego bardzo podobny. Pamiętam takŜe, Ŝe szef nie był tym zachwycony. Baley zmienił temat. - Prosiłem podsekretarza Minnima… - Został awansowany, jak panu wiadomo. Baley doskonale rozumiał znaczenie klasy zaszeregowania. - Jaki teraz ma tytuł? - Wicesekretarza. - Dziękuję. Prosiłem wicesekretarza Minnima o pozwolenie na przelot na Aurorę, Ŝeby załatwić tę sprawę. - Kiedy? - Niedługo po powrocie z Solarii. Od tej pory dwukrotnie ponawiałem prośbę. - Jednak nie otrzymał pan upragnionej odpowiedzi? - Nie, proszę pani. - I jest pan zdziwiony? - Jestem rozczarowany. - Niepotrzebnie. - Lekko odchyliła się w fotelu. - Nasze stosunki ze Światami Zaziemskimi są bardzo delikatne. Z pewnością sądzi pan, Ŝe dwie rozwiązane sprawy złagodziły napięcie - i tak jest. Ten okropny program o panu równieŜ bardzo pomógł. Jednak ta poprawa to zaledwie tak mała część - tu zbliŜyła palec wskazujący do kciuka - tak wielkiej całości. - Przy ostatnich słowach szeroko rozłoŜyła ramiona. - W tych okolicznościach - ciągnęła - nie mogliśmy ryzykować wysłania pana na Aurorę, najwaŜniejszy Świat Zaziemski, gdzie mógłby pan zrobić coś, co wywołałoby międzygwiezdne reperkusje. Baley popatrzył jej w oczy. - Byłem na Solarii i nie narobiłem zamieszania. Wprost przeciwnie… STRONA 18- Tak, wiem, lecz był pan tam na Ŝyczenie Przestrzeniowców, a taki wyjazd dzielą całe parseki od wizyty na nasze Ŝądanie. Nie moŜe pan tego nie pojmować. Baley milczał. Kobieta mruknęła, Ŝe to ją nie dziwi i powiedziała: - Od kiedy pańskie prośby zostały przedłoŜone wicesekretarzowi i - zupełnie słusznie - zignorowane, sytuacja zmieniła się na gorsze, zwłaszcza w ciągu ostatniego miesiąca. - Czy taki jest powód tego spotkania? - CzyŜby zaczynał się pan niecierpliwić, sir? - powiedziała z ironią. - Czy mam nie odbiegać od tematu? - Nie, proszę pani. - Dlaczego? Staję się przecieŜ męcząca. A więc przejdę do sedna sprawy i zapytam, czy zna pan doktora Hana Fastolfe’a. Baley odparł ostroŜnie: - Spotkałem go raz, trzy lata temu, w ówczesnym Kosmopolu. - Polubił go pan, jak sądzę. - Był przyjacielski jak na Przestrzeniowca. Kobieta cicho prychnęła. - WyobraŜam sobie. Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, Ŝe przez ostatnie dwa lata stał się on wpływowym politykiem na Aurorze? - Słyszałem, Ŝe zasiada w rządzie, od… od mojego dawnego partnera. - Od R. Daneela Olivawa, pańskiego przyjaciela - robota? - Od mojego byłego partnera. - Z czasów gdy rozwiązał pan ten drobny problem związany z dwoma matematykami na pokładzie statku Przestrzeniowców? - Tak, proszę pani - kiwnął głową Baley. - Widzi pan, jesteśmy dobrze poinformowani. Przez ostatnie dwa lata doktor Han Fastolfe wchodził w skład rządu i był waŜną figurą w ciałach ustawodawczych Aurory, a nawet mówi się o nim jako o przyszłym przewodniczącym. A przewodniczący, jak pan wie, to u nich stanowisko zbliŜone do szefa rządu. - Tak, proszę pani - powiedział Baley, zastanawiając się, kiedy Demachek dojdzie do tej niezwykle delikatnej sprawy, o której wspominał komisarz. Jednak ona się nie spieszyła. - Fastolfe jest… umiarkowany - ciągnęła dalej. - Tak o sobie mówi. UwaŜa, Ŝe sprawy na Aurorze, a takŜe na wszystkich Światach Zaziemskich, zaszły za daleko; pan zapewne jest zdania, iŜ równieŜ zbyt daleko zaszły na Ziemi. Chciałby on trochę ograniczyć zrobotyzowanie, przyspieszyć wymianę pokoleń, związać się i zaprzyjaźnić z Ziemią. Oczywiście, zgadzamy się z nim, ale po cichu. Gdybyśmy zbyt demonstracyjnie okazywali nasze zainteresowanie, wyrządzilibyśmy mu niedźwiedzią przysługę. - Wierzę, iŜ Fastolfe poparłby ziemskie osadnictwo na innych Planetach. - Ja teŜ tak uwaŜam. Jestem przekonana, Ŝe mówił panu o tym. - Tak, proszę pani, kiedy go spotkałem. Demachek złoŜyła dłonie i oparła brodę na czubkach palców. - Czy uwaŜa pan, Ŝe on reprezentuje opinię publiczną Światów Zaziemskich? - Tego nie wiem. - Obawiam się, Ŝe nie. Ci, którzy są z nim, to zwolennicy, a za przeciwników ma zawziętych fanatyków. Tylko zręczność i polityczna i urok osobisty zapewniają mu władzę. Największą słabością Fastolfe’a jest oczywiście sympatia okazywana Ziemi, Ustawicznie wykorzystują to STRONA 19przeciw niemu, zraŜając tych, którzy pod innymi względami podzielają jego poglądy. JeŜeli zostanie pan wysłany na Aurorę, kaŜdy popełniony tam błąd wzmocni nastroje antyziemskie i osłabi pozycję Fastolfe’a - być moŜe ostatecznie. Ziemia po prostu nie moŜe podjąć takiego ryzyka. - Rozumiem - mruknął Baley. - Lecz Fastolfe chce je podjąć. To on spowodował, Ŝe wysłano pana na Solarię, kiedy dopiero dochodził do władzy i był naraŜony na ataki. Jednak wtedy mógł utracić tylko swoje stanowisko, natomiast teraz musimy troszczyć się o los ponad ośmiu miliardów Ziemian. To sprawia, Ŝe obecna sytuacja jest niezwykle delikatna. Urwała i Baley w końcu był zmuszony zadać pytanie: - O jakiej sytuacji pani mówi? - Wygląda na to - odparła Demachek - Ŝe Fastolfe został zamieszany w powaŜny i bezprecedensowy skandal. Jeśli będzie niezręczny, grozi mu śmierć polityczna w ciągu kilku tygodni. Przy nadludzkiej zręczności moŜe przetrwa parę miesięcy. Jednak wcześniej czy później zostanie zniszczony jako siła polityczna na Aurorze. A to, pan rozumie, byłoby prawdziwą katastrofą dla Ziemi. - Czy wolno zapytać, o co jest oskarŜany? Korupcja? Zdrada? - Nic podobnego. Jego osobiste zalety są niepodwaŜalne, nawet przez wrogów. - A zatem zbrodnia z namiętności? Morderstwo? - Niezupełnie morderstwo. - Nie rozumiem. - Na Aurorze Ŝyją ludzie, panie Baley. A takŜe roboty - w większości podobne do naszych, przewaŜnie niewiele nowocześniejsze. Jednak jest tam kilka humanoidalnych robotów, tak podobnych do ludzi, Ŝe nie moŜna ich odróŜnić. - Wiem o tym doskonale - skinął głową. - Zakładam, Ŝe zniszczenie humanoidalnego robota nie jest morderstwem w dosłownym znaczeniu tego słowa. Baley nachylił się ku niej gwałtownie i krzyknął: - Jehoshaphat, kobieto! Skończ z tymi gierkami. Czy chcesz mi powiedzieć, Ŝe doktor Fastolfe zabił R. Daneela? Roth zerwał się na równe nogi i najwyraźniej zamierzał rzucić na Baleya, ale podsekretarz Demachek powstrzymała go machnięciem ręki. Nie była dotknięta słowami wywiadowcy. - W tych okolicznościach wybaczam panu brak szacunku. Nie, R. Daneel nie został zabity. On nie jest jedynym humanoidalnym robotem na Aurorze. Inny taki robot, nie R. Daneel, został zamordowany - w pewnym sensie. Mówiąc dokładnie, jego mózg został całkowicie zniszczony; wprowadzono go w trwały i nieodwracalny roboblok. - I twierdzą, Ŝe zrobił to doktor Fastolfe? - Tak mówią jego wrogowie. Ekstremiści, którzy chcą, aby Galaktykę zamieszkiwali tylko Przestrzeniowcy, a Ziemianie zniknęli ze wszechświata. Jeśli zdołają oni w nadchodzących tygodniach doprowadzić do przyspieszonych wyborów, na pewno przejmą całkowitą kontrolę nad rządem, oczywiście z katastrofalnym skutkiem. - Dlaczego ten roboblok ma takie znaczenie? Nie rozumiem. - Nie jestem pewna - odparła Demachek. - Nie twierdzę, Ŝe rozumiem politykę Aurory. Domyślam się, Ŝe humanoid był w jakiś sposób powiązany z planami ekstremistów i jego zniszczenie rozwścieczyło ich. - Bardzo trudno jest zrozumieć działania tych ludzi i tylko wprowadziłabym pana w błąd, gdybym próbowała je interpretować. STRONA 20Baley z trudem się opanował pod jej spokojnym spojrzeniem. - Po co mnie wezwano? - spytał cicho. - Ze względu na Fastolfe’a. JuŜ raz poleciał pan w kosmos, Ŝeby rozwiązać zagadkę, i powiodło się panu. Fastolfe chce, aby udał się pan na Aurorę i odkrył, kto jest odpowiedzialny za roboblok. UwaŜa, Ŝe to jego jedyna szansa powstrzymania ekstremistów. Nie jestem robotykiem. Nic nie wiem o Aurorze… O Solarii teŜ nic pan nie wiedział, a jednak odniósł sukces. Chodzi o to, Baley, Ŝe my równie gorąco jak Fastolfe pragniemy odkryć, co naprawdę zaszło. Nie chcemy jego klęski, gdyŜ wówczas Ziemia stałaby się obiektem ataków ekstremistycznie nastawionych Przestrzeniowców, zacieklejszych niŜ kiedykolwiek Przedtem. Musimy temu zapobiec. - Nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. To zadanie graniczy z… - Z niemoŜliwością. Wiemy o tym, ale nie mamy wyboru, i Fastolfe nalega, a obecnie popiera go cały rząd Aurory. Gdyby odmówił pan lub gdybyśmy pana nie puścili, narazilibyśmy się na wściekłość Aurorian. Jeśli poleci pan i odniesie sukces, będziemy ocaleni, a pan zostanie odpowiednio wynagrodzony. - A jeśli polecę i zawiodę? - Zrobimy wszystko, Ŝeby wina spadła na pana, a nie na Ziemię. - Innymi słowy, Ŝeby nie posypały się urzędnicze głowy. - MoŜna to ująć tak: zostanie pan rzucony na poŜarcie wilkom w nadziei, iŜ zostawią w spokoju Ziemię. Jeden człowiek za naszą planetę to niezły interes. - Wygląda na to, Ŝe skoro na pewno poniosę klęskę, równie dobrze mogę nie lecieć. - Dobrze pan wie, Ŝe tak nie jest - powiedziała łagodnie Demachek. - Aurora poprosiła o pana i nie moŜe pan odmówić. A czemu miałby pan odmawiać? Od dwóch lat starał się pan o pozwolenie na lot i denerwował, Ŝe nie otrzymuje zgody. - Chciałem tam polecieć w pokoju, aby uzyskać pomoc w zasiedlaniu nowych światów, a nie… - Nadal moŜe się pan starać o pomoc w urzeczywistnieniu tego marzenia, Baley. ZałóŜmy, Ŝe się panu powiedzie. Istnieje taka moŜliwość. Fastolfe będzie bardzo zobowiązany i moŜe zrobić w tej sprawie znacznie więcej niŜ kiedykolwiek. A i my takŜe będziemy dostatecznie wdzięczni, Ŝeby pomóc. Czy to nie jest warte ryzyka, nawet tak wielkiego? Choć szansę sukcesu są małe, jednak jeŜeli nie pojedzie pan, będą równe zeru. Proszę o tym pomyśleć, ale nie za długo. Baley zacisnął usta i w końcu, pojmując, Ŝe nie ma innego wyjścia, zapytał: - Ile mam czasu do… Demachek przerwała mu w pół słowa: - Chodźmy. Czy nie wyjaśniłam, Ŝe nie ma wyboru ani czasu? Odlatuje pan… - spojrzała na zegarek - …za niecałe sześć godzin. Kosmoport znajdował się na wschodnich przedmieściach Miasta, w niemal całkowicie opuszczonym sektorze, który był juŜ na obszarze Zewnętrza. WraŜenie łagodziło nieco to, Ŝe kasy biletowe i poczekalnie znajdowały się jeszcze w Mieście, a do statku dojeŜdŜało się przez doczepiony rękaw. Zwykle wszystkie odloty miały miejsce w nocy, kiedy ciemności osłabiały efekt otwartej przestrzeni. W porcie nie dostrzegało się zbyt duŜego ruchu, jak na liczebność ziemskiej populacji. Ziemianie bardzo rzadko opuszczali planetę, więc podróŜnymi byli przewaŜnie przedstawiciele biznesu, który reprezentowali Przestrzeniowcy i roboty. Elijah Baley, czekając aŜ statek będzie gotowy na przyjęcie pasaŜerów, juŜ tęsknił za Ziemią. Bentley siedział obok w ponurym milczeniu. W końcu powiedział: - Wcale nie spodziewałem się, Ŝe mama zechce przyjść. STRONA 21Baley kiwnął głową. - Ja teŜ nie. Pamiętam, jak zareagowała, kiedy leciałem na Solarię. Teraz było tak samo. - Zdołałeś ją uspokoić? - Robiłem, co mogłem. UwaŜa, Ŝe na pewno zginę w katastrofie albo Przestrzeniowcy zabiją mnie na Aurorze. - Wróciłeś z Solarii. - Dlatego niechętnie puszcza mnie po raz drugi. Myśli, Ŝe kuszę los. Jednak jakoś sobie poradzi. Teraz twoja kolej, Ben. Bądź przy niej i cokolwiek będziesz robił, nie wspominaj nigdy o zasiedlaniu nowej planety. Właśnie to ją niepokoi. Czuje, Ŝe pewnego dnia ją opuścisz i Ŝe nigdy cię nie zobaczy. - To jest prawdopodobne - odparł Ben. - Być moŜe ty potrafisz pogodzić się z tym, ale ona nie, więc nie dyskutujcie na ten temat podczas mojej nieobecności. Dobrze? - Zgoda. Sądzę, Ŝe ona jest trochę zazdrosna o Gladię. Baley przeszył go wzrokiem. - Czy ty… - Nie powiedziałem ani słowa. Jednak ona teŜ widziała ten film i wie, Ŝe Gladia przebywa na Aurorze. - I co z tego? To duŜa planeta. Czy myślisz, Ŝe Gladia Delmarre powita mnie w kosmoporcie? Jehoshaphat, Ben, czy twoja matka nie rozumie, Ŝe ten kiczowaty film był w dziewięciu dziesiątych fikcją? Ben z widocznym wysiłkiem zmienił temat. - To takie zabawne - powiedział - siedzisz tu bez Ŝadnego bagaŜu. - I tak jest go za duŜo. Mam na sobie ubranie, prawda! Zdejmę ciuchy zaraz po wejściu na pokład. Zabiorą je, potraktują chemikaliami i wystrzelą w kosmos. Potem, kiedy juŜ mnie okadzą, wyczyszczą i wypolerują, na zewnątrz i od środka, dadzą nowe. JuŜ raz przez to przeszedłem. Znów zapadła cisza, którą przerwał Ben: - Wiesz co, tato… - i urwał. Spróbował ponownie: - Wiesz co, tato… - lecz i tym razem nie poszło mu lepiej. Baley spojrzał na niego uwaŜnie. - Co chcesz powiedzieć, Ben? - Tato, czuję się okropnym dupkiem mówiąc to, ale chyba muszę. Nie reprezentujesz typu bohatera. Nawet ja nigdy cię z takiego nie uwaŜałem. Jesteś porządnym facetem i najlepszym ojcem na świecie, ale nie bohaterem. Baley mruknął coś pod nosem. - A jednak - ciągnął Ben - jeśli się zastanowić, to ty wymazałeś Kosmopole z map; ty przeciągnąłeś Aurorę na naszą stronę; to ty zacząłeś ten projekt osadnictwa na nowych planetach. Tato, zrobiłeś dla Ziemi więcej niŜ cały rząd razem wzięty. Dlaczego tak cię nie doceniają? - PoniewaŜ nie jestem typem bohatera i dlatego, Ŝe zaszkodził mi ten głupi film. Przysporzył mi wrogów w Wydziale Policji,, zdenerwował matkę i obdarzył mnie reputacją, jakiej nie mogę i sprostać. Biper na jego przegubie zamigotał i Baley wstał. - Muszę juŜ iść, Ben. - Wiem. Jednak chciałem powiedzieć, tato, Ŝe ja cię podziwiam. A tym razem, kiedy wrócisz, usłyszysz to od wszystkich, nie tylko ode mnie. STRONA 22Baley poczuł, Ŝe się rozkleja. Gwałtownie skinął głową, połoŜył synowi rękę na ramieniu i wymamrotał: - Dzięki. UwaŜaj na siebie i na mamę, kiedy mnie nie będzie. Odszedł i nawet nie odwrócił głowy. Powiedział Benowi, Ŝe leci na Aurorę omówić projekt osadnictwa. Gdyby tak było, mógłby wrócić z sukcesem. A tak… Powrócę w niełasce - pomyślał. - JeŜeli w ogóle to mi się uda. Daneel Baley juŜ po raz trzeci miał lecieć kosmolotem, wiedział więc dobrze, czego ma oczekiwać. PrzeŜyje uczucie odizolowania, poniewaŜ nikogo nie spotka, oprócz (ewentualnie) robota. Zostanie poddany temu całemu medycznemu okadzaniu i wyjaławianiu, przygotowującemu go do spotkania z Przestrzeniowcami, którzy uwaŜali Ziemian za chodzące zbiorniki najrozmaitszych infekcji. Jednak teraz nie zrobi to na nim wraŜenia. I na pewno nie odczuje tak bardzo opuszczenia Miasta. Jest przygotowany na otwartą przestrzeń. Tym razem moŜe nawet poprosi, Ŝeby pokazano mu kosmos - pomyślał odwaŜnie z uczuciem lekkiego ściskania w Ŝołądku. - Czy wygląda on inaczej niŜ na zdjęciach nocnego nieba, zrobionych na obszarach Zewnętrza? Przypomniał sobie, jak pierwszy raz ujrzał kopułę planetarium (rzecz jasna, stojącego bezpiecznie w granicach Miasta). Wiedział wówczas, Ŝe nie znajduje się na otwartej przestrzeni, więc nie odczuwał lęku. Potem jeszcze dwukrotnie - nie, trzykrotnie - był nocą w Zewnętrzu, gdzie przyglądał się prawdziwym gwiazdom na prawdziwym nieboskłonie. Robiły mniejsze wraŜenie niŜ kopuła planetarium. Kiedy jednak powiał chłodny wietrzyk świadczący o tym, Ŝe znajduje się poza Miastem, odczuwał niepokój, choć widok był mniej groźny niŜ za dnia, bowiem ciemność otaczała go grubym murem. Czy obraz, który ujrzy przez iluminator kosmolotu, będzie podobny do tego, co widział w planetarium czy teŜ do nocnego ziemskiego nieba? A moŜe zrobi całkiem inne wraŜenie? Baley skoncentrował się na tych rozwaŜaniach, odsuwając myśli o rozstaniu z Jessie, Benem i Miastem. W przypływie odwagi odmówił jazdy samochodem i uparł się, Ŝe z poczekalni do kosmolotu przejdzie pieszo w towarzystwie robota, który po niego przybył. W końcu to krótki odcinek drogi i do tego dobrze zadaszony. Rękaw był tylko lekko wygięty i obejrzawszy się za siebie, Baley dojrzał stojącego na drugim końcu Bena. Niedbale machnął mu ręką, jakby wsiadał na ekspresstradę do Trenton, a Ben wyrzucił ramiona nad głowę, układając palce obu rąk w staroŜytny znak zwycięstwa. Zwycięstwa? PróŜne nadzieje - pomyślał Baley i starając się odegnać ponure myśli, zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby razem z innymi pasaŜerami, takŜe źle znoszącymi otwartą przestrzeń, miał odlecieć w biały dzień, kiedy metalowa powłoka statku lśni w słońcu. Jak by przeŜywał to zamknięcie w maleńkim blaszanym świecie, który ma się zaraz oderwać od Ziemi i zatracić w przestrzeni, a po pokonaniu bezkresu nicości znaleźć się w innym… Starał się poruszać miarowym krokiem, zachowując kamienny wyraz twarzy. Jednak idący obok robot zatrzymał go. STRONA 23- Źle się pan czuje, sir? (Nie „panie”, tylko „sir”. To był robot z Aurory.) - Nic mi nie jest, chłopcze - odparł szorstko Baley. - Ruszaj. Nie odrywał oczu od ziemi i nie podniósł ich, dopóki nie podeszli do pojazdu kosmicznego. Statek przysłali Aurorianie! Był tego pewien. Obrysowany ciepłym blaskiem lamp, wznosił swój długi, smukły kadłub - potęŜniejszy od kosmolotów wytwarzanych na Solarii. Baley wszedł do środka i porównanie znów wypadło na korzyść Aurorian. Kabina, którą miał zajmować, była większa niŜ dwa lata temu, bardziej luksusowa i wygodna. Dobrze wiedział, czego oczekiwać, więc bez wahania zdjął z siebie ubranie. (Podejrzewał, Ŝe spalą je w płomieniu plazmowym - Na pewno mu go nie oddadzą, kiedy będzie miał wrócić na Ziemię - o ile w ogóle wróci. Poprzednio nie oddali.) Nie otrzyma Ŝadnej odzieŜy, dopóki nie zostanie starannie wykąpany, ostrzyŜony, zbadany i zaszczepiony. Niemal wyczekiwał tych upokarzających zabiegów. Przynajmniej pozwolą mu zapomnieć o tym, co go czeka. Ledwie poczuł przyspieszenie i nim zdąŜył sobie z tego zdać sprawę, juŜ opuścili Ziemię i znaleźli się w kosmosie. WłoŜywszy wreszcie nowy strój, Baley bez entuzjazmu obejrzał się w lustrze. Materiał był gładki i błyszczący, a przy kaŜdym poruszeniu mienił się róŜnymi kolorami. Nogawki spodni opinały kostki i wchodziły do butów, które same dopasowały się do stóp. Bluza miała długie bufiaste rękawy, a do kołnierza był przypięty kaptur, który mógł w razie potrzeby zakryć głowę. Dłonie osłaniały przezroczyste rękawiczki. Wiedział, Ŝe został tak ubrany nie dla jego wygody, lecz aby zmniejszyć niebezpieczeństwo groŜące Przestrzeniowcom. Baley pomyślał, Ŝe powinien odczuwać nieprzyjemne gorąco i wilgoć. Jednak z wyraźną ulgą stwierdził, Ŝe nawet się nie poci. Zwrócił się więc do robota, który nadal mu towarzyszył. - Chłopcze, czy te ciuchy mają regulowaną temperaturę? - Istotnie, sir. To ubranie na kaŜdą pogodę, bardzo chętnie noszone. A takŜe niezwykle drogie. Niewielu na Aurorze moŜe sobie na nie pozwolić. - Tak? Jehoshaphat! Spojrzał na robota. Wyglądał na prymitywny model i właściwie niewiele róŜnił się od ziemskich, a mimo to przy formułowaniu zdań wykazywał subtelność, jakiej brakowało maszynom Ziemian. Mógł na przykład nieznacznie zmieniać wyraz twarzy. Uśmiechnął się lekko, gdy informował, Ŝe Baley otrzymał coś, na co niewielu Aurorian mogło sobie pozwolić. Materiał, z którego wykonano robota, przypominał metal, a jednak zachowywał się jak tkanina, rozciągająca się przy kaŜdym ruchu i ciesząca oko kontrastowymi kolorami. Krótko mówiąc, jeśli nie przyjrzało mu się dokładnie i z bliska, robot, chociaŜ zdecydowanie niehumanoidalny, wydawał się ubrany. Baley zapytał go: - Jak mam na ciebie mówić, chłopcze? - Jestem Giskard, sir. - R. Giskard? - Jeśli pan chce, sir. - Czy na tym statku jest biblioteka? - Tak, sir. - Czy moŜesz znaleźć mi ksiąŜkofilmy o Aurorze? - Jakiego typu, sir? STRONA 24- O historii, naukach politycznych, geografii - czymkolwiek, co pomoŜe mi zrozumieć mieszkańców. - Tak, sir. - I projektor. - Tak, sir. Gdy robot wyszedł przez podwójne drzwi, Baley uświadomił sobie, Ŝe podczas podróŜy na Solarię nawet nie przyszło mu do głowy, aby wykorzystać czas na nauczenie się czegoś poŜytecznego. W ciągu ostatnich dwóch lat zrobił wyraźne postępy. Pchnął drzwi, którymi przed chwilą wyszedł robot, lecz nie ustąpiły. Zdziwiłby się, gdyby było inaczej. Obejrzał więc pomieszczenie. ZauwaŜył ekran projektora i spróbował go włączyć. Nagle ryknęła muzyka, a kiedy w końcu zdołał ją przyciszyć, słuchał z dezaprobatą. Blaszana i niemelodyjna. Brzmiała tak, jakby instrumenty orkiestry były dziwnie rozstrojone. Potknął innych przełączników i wreszcie ukazał się obraz. Zobaczył mecz piłki noŜnej, grany najwidoczniej w stanie niewaŜkości. Piłka wędrowała po liniach prostych, a gracze - zbyt liczni po obu stronach - z płetwami na plecach, łokciach i ramionach szybowali w powietrzu. Niezwykły widok sprawił, Ŝe Baleyowi zakręciło się w głowie. Kiedy pochylił się, by wyłączyć projektor, usłyszał, Ŝe drzwi się otwierają. Spodziewając się R. Giskarda, z początku zauwaŜył tylko, Ŝe to nie on. Dopiero po chwili pojął, Ŝe widzi humanoidalną postać o szerokiej twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi i krótkich, płowych włosach, ubraną w klasyczny garnitur. - Jehoshaphat! - powiedział Baley zduszonym głosem. - Partnerze Elijahu - odezwał się tamten podchodząc bliŜej z lekkim uśmiechem na powaŜnej twarzy. - Daneel! - krzyknął Baley, obejmując robota i przyciskając go do piersi. - Daneel! Baley trzymał Daneela, jedyny znajomy obiekt na statku i jedyną nić łączącą z przeszłością. Przywarł doń ze wzruszeniem i ulgą. Potem pomału pozbierał myśli i zrozumiał, Ŝe nie trzyma Daneela, tylko R. Daneela - Robota Daneela Olivawa. Tulił go, a ten ściskał swego partnera lekko i pozwalał się obejmować. Sądził, Ŝe ta czynność sprawia przyjemność ludzkiej istocie, więc ją znosił, gdyŜ pozytonowe zasoby mózgu nie pozwalały mu się odsunąć i rozczarować oraz zawstydzić człowieka. NiepodwaŜalne Pierwsze Prawo Robotyki głosi: „Robot nie moŜe zranić Ŝadnej ludzkiej istoty…” - a odrzucenie przyjacielskiego gestu zraniłoby tego człowieka. Powoli, starając się nie zdradzać zmieszania, Baley puścił robota. Na koniec jeszcze lekko ścisnął jego ramiona. - Nie widziałem cię, Daneelu - powiedział - od kiedy przyprowadziłeś na Ziemię ten statek z dwoma matematykami. Pamiętasz? - Oczywiście, partnerze Elijahu. Miło mi cię widzieć. - Odczuwasz coś, prawda? - spytał Baley. - Nie umiem tego określić w kategoriach ludzkich doznań, partnerze Elijahu Jednak mogę rzec, iŜ na twój widok moje myśli biegną szybciej, a siła grawitacji zdaje się w mniejszym stopniu oddziaływać na moje zmysły. WyobraŜam sobie, Ŝe ten stan w przybliŜeniu odpowiada wraŜeniom, które określiłbyś mianem przyjemności. Baley kiwnął głową. STRONA 25- Cokolwiek czujesz na mój widok, partnerze, jeśli jest to lepsze od stanu, w jakim jesteś, kiedy mnie nie widzisz, zupełnie mi odpowiada - nie wiem, czy nadąŜasz za tokiem mojego rozumowania. Skąd się tu wziąłeś? - Giskard Reventlov zameldował, Ŝe zostałeś… - urwał Daneel. - Oczyszczony? - spytał ironicznie Baley. - Zdezynfekowany - rzekł Daneel. - Wtedy uznałem, Ŝe czas się pokazać. - Chyba nie obawiałeś się infekcji? - Oczywiście, Ŝe nie, partnerze Elijahu, ale inni na statku nie chcieliby ze mną przestawać. Mieszkańcy Aurory są wyczuleni na ryzyko zaraŜenia, czasami w stopniu przekraczającym rzeczywiste niebezpieczeństwo. - Rozumiem, ale nie pytałem, dlaczego jesteś tu w tej chwili. Pytałem, dlaczego w ogóle tu jesteś? - Doktor Fastolfe, do którego naleŜę, polecił mi udać się na ten statek z kilku waŜnych powodów. UwaŜał, Ŝe od początku tej niewątpliwie trudnej dla ciebie misji powinieneś mieć przy sobie coś znajomego. - To bardzo uprzejmie z jego strony. Jestem mu wdzięczny. R. Daneel skłonił się nisko. - Doktor Fastolfe sądził równieŜ, Ŝe to spotkanie zrobi na mnie - tu robot zawahał się - odpowiednie wraŜenie. - Sprawi przyjemność, Daneelu. - Jeśli wolno mi uŜyć tego określenia, tak. A trzeci - najwaŜniejszy powód - to… W tym momencie drzwi ponownie otworzyły się i wszedł R. Giskard. Baley na jego widok poczuł nagły przypływ niezadowolenia. Miał przed sobą niezaprzeczalnie maszynę, a jej obecność w jakiś sposób podkreślała charakter Daneela (R. Daneela - nagle pomyślał Baley), mimo iŜ był on znacznie doskonalszą wersją robota. Baley nie chciał takiego zwracania uwagi na robocią naturę Daneela; nie podobało mu się zmieszanie, jakie odczuwał z tego powodu, Ŝe nie potrafi traktować swego partnera inaczej niŜ człowieka, któremu trudno się wysłowić. - Co jest, chłopcze? - rzucił zniecierpliwiony. - Sir, przyniosłem filmoksiąŜki, które chciał pan obejrzeć, i czytnik. - Dobrze, połóŜ je tu. PołóŜ. I moŜesz wyjść. Daneel zostanie ze mną. - Tak, sir. Oczy robota - lekko świecące, zauwaŜył Baley, w odróŜnieniu od oczu Daneela - przelotnie zatrzymały się na R. Daneelu, jakby w oczekiwaniu na polecenia od zwierzchnika, lecz ten rzekł spokojnie: - Uczynisz właściwie, przyjacielu Giskardzie, zostając pod drzwiami na zewnątrz. - Tak zrobię, przyjacielu Daneelu - odrzekł robot. Wyszedł, a Baley zapytał z niechęcią w głosie: - Dlaczego on musi stać pod moimi drzwiami? Czy jestem więźniem? - Z Ŝalem muszę przyznać, Ŝe tak - odparł R. Daneel. - Chodzi o to, iŜ podczas podróŜy nie wolno ci rozmawiać z załogą statku. Jednak powód obecności Giskarda jest inny i dlatego muszę cię poprosić, partnerze Elijahu, Ŝebyś nie mówił „chłopcze” ani do Giskarda, ani do jakiegokolwiek innego robota. Baley zmarszczył brwi. - Czy on nie lubi tego słowa? Często w różnych kontekstach słyszymy o robotach. O tych najnowszych napiszę niebawem, dzisiaj jednak chciałbym powiedzieć kilka słów o historii tych zadziwiających maszyn. Słowo „robot” zagościło najpierw w literaturze, gdyż na długo przed zbudowaniem pierwszej maszyny godnej tego, by być nazwaną robotem – o tworze tego rodzaju pisał (w 1923 roku) Karel Čapek w dramacie (Rossumovi Univerzální Roboti). Drugim literatem, którego nazwisko związane jest z robotyką, jest Isaac Asimov, którego opowiadanie Runaround z 1942 roku uważane jest także za profetyczną zapowiedź ery robotów. Po literatach robotami zainteresowali się filmowcy, którzy w niezliczonych ekranizacjach wprowadzali różne androidy (czyli roboty człekokształtne) – oczywiście nie troszcząc się zupełnie o to, czy wymyślane przez nich maszyny są technicznie realizowalne, czy też nie. O techniczną realizowalność projektowanego robota zadbał natomiast Leonardo da Vinci, który poza tym, że był genialnym malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, anatomem i geologiem – był także znakomitym mechanikiem i natchnionym wynalazcą. Lista urządzeń technicznych wymyślonych przez Leonarda da Vinci jest zbyt długa, by ją tu przytaczać, natomiast z pewnością trzeba wskazać, że w jego szkicach z 1445 roku odnaleziono projekt mechanicznego rycerza, który mógł się sam poruszać. Nie wiadomo, czy Leonardo da Vinci swojego mechanicznego rycerza zbudował, czy też nie, ale w 2010 roku włoski artysta i mechanik Gabriele Niccolai na podstawie jego szkiców najpierw odtworzył mechanizm napędowy a potem całego robota – i okazało się, że był on zdolny do wykonywania pewnych prostych czynności. Pierwsze praktycznie użyteczne roboty bynajmniej nie przypominały człekokształtnych tworów z filmów science fiction, ani oczywiście robota-rycerza Leonarda da Vinci. Twórcy tych robotów doszli do wniosku, że odtwarzanie w mechanicznym pomocniku pełnej sylwetki człowieka jest niepotrzebne, bo jedynym elementem ludzkiego ciała, który jest potrzebny w przemyśle, jest ręka. Dlatego oglądając w fabrykach czy w laboratoriach naukowych współczesne roboty przemysłowe, niezorientowani obserwatorzy nieraz dziwią się ich wyglądowi. Roboty te bowiem wcale nie przypominają postaci całego człowieka, lecz są bardzo sprawnymi technicznymi odpowiednikami ludzkiej ręki – zresztą bardzo uproszczonej. Te trochę pokraczne, ale bardzo użyteczne roboty zaczęły być stosowane w przemyśle w latach 60. XX wieku. Pierwsza wytwórnia robotów przemysłowych ruszyła już w 1956 roku. Fabryka nazywała się Unimation i wytwarzała roboty o nazwie Unimate według projektu George’a Charlesa Devola, pierwszego człowieka, który opatentował koncepcję robota ( Patent 2,988,237). Fabrykanci, przyszli użytkownicy robotów, początkowo odnieśli się do koncepcji mechanicznej ręki z dużą rezerwą. Pierwszą linię produkcyjną częściowo obsługiwaną przez roboty uruchomiła w 1961 roku firma General Motors w fabryce Inland Fisher Guide Plant w Ewing Township (New Jersey). Roboty doskonale zdały egzamin. W ciągu 10 lat eksploatacji przepracowały 100 000 godzin i udowodniły, że mogą pracować szybko, wydajnie, a także – co jest szczególnie ważne – bardzo precyzyjnie. Dokładność pozycjonowania tych pierwszych robotów wynosiła 1/10 000 cala, co było jedną z przyczyn ich pozytywnej oceny przez użytkowników. Sukces robota Unimate spowodował, że w 1969 roku Victor Scheinman opracował (w Stanford University a potem w MIT) konstrukcję doskonalszego robota o nazwie PUMA. Nazwę tę tłumaczy się na dwa sposoby: Programmable Universal Machine for Assembly, albo Programmable Universal Manipulation Arm. Był to bardzo udany robot, który był produkowany w USA przez Westinghouse Electric, ale także w Europie przez firmę Nokia, znaną bardziej z produkcji telefonów komórkowych. Łącznie wyprodukowano kilka tysięcy robotów PUMA i były one bardzo popularne w różnych gałęziach przemysłu, a niektóre ich egzemplarze pracują do dziś. Wśród wszechstronnej twórczości literacko-fantastycznej Stanisława Lema jedne z ciekawszych realizacji odnajdziemy w „Bajkach robotów”. To zbiór piętnastu krótkich utworów rozgrywających się gdzieś w Kosmosie – w obcych galaktykach, na nieznanych nam planetach. Konwencja fantastyczna splata się jednak w tych opowiadaniach z realiami baśni. Wśród bohaterów występują królowie, księżniczki, mędrcy, zaś postaci magów czy czarowników zastępują konstruktorzy. Lem w swych bajkach w sposób parodystyczny ukazuje bliski sobie świat. Występujące maszyny i roboty noszą często ludzkie cechy i mają ludzkie wady oraz zapędy. W świecie tym, jak w baśni, zwycięża Dobro, jednak nie poprzez swą siłę, a przez intelekt i spryt. Zło choć potężne okazuje się zwyczajnie głupie. Lem każe czytelnikowi spojrzeć na świat z dystansu, pokazuje, że Kosmos może być śmieszny. Dzięki takiej perspektywie możemy także na siebie spojrzeć z nieco innej perspektywy. „Bajki robotów” – cykl opowiadań Stanisława Lema ukazały się po raz pierwszy w 1964 roku i jako zbiór nie były nigdy później uzupełniane. Bohaterowie bajek „Jak ocalał świat”, „Maszyna Trurla” oraz „Wielkie lanie”, czyli wielcy konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz stali się bohaterami cyklu opowiadań Lema „Cyberiady”, który znacznie przerósł „Bajki robotów”, choć nie miał już baśniowego „Bajek robotów” Lema Na uwagę zasługuje przede wszystkim język, jakim operuje Lem w „Bajkach robotów”. Jego specyfika wynika głównie z przyjętej przez autora konwencji – literackiej zabawy. Polega ona właśnie na grze językiem, stylistyką i parodią. Przede wszystkim uderza zestawienie obok siebie słownictwa związanego ściśle z nauką i techniką ze słowami oraz zwrotami przynależącymi baśni czy gawędzie. Dzięki temu połączeniu powstało wiele przykuwających uwagę czytelników neologizmów, zaskakujących zwrotów i zestawień, takich jak: „elektrycerze”, „cybergęśle”, „robosły”, „kosmolud”, „elektosmok”, „Wasza Ferromagnetyczność”, „Order Wielkiej Sprężyny”, „śrubki-trupki”. Przedziwnie brzmią również nazwy pełnionych przez poszczególnych bohaterów funkcji: „Wielki Hetman Cyfrowy”, „Jenerał-Minerał”, „Wielki Podblaszy Koronny”. Przywodzą one na myśl czasy wielkich wojen Rzeczypospolitej. Świat u Lema rządzi się zasadami gramatyki. Świadczy o tym fakt, że zmiana poszczególnych słów wpływa na zmianę fabuły. Z prośby o „elektroskok” wyszedł „elektrosmok”, który zaczął terroryzować króla Kybery, Poleandra Partobona. Z kolei z „elektrosmoka” zrobiła się „elektrosmoła”, co uratowało przed zagładą władcę. Także wykonywanie działań matematycznych przybiera nonsensowny przebieg. Gdy elektosmok miał wyciągnąć z siebie pierwiastek: „zaczął ciągnąć, ciągnął, ciągnął, aż cały zatrzeszczał, zasapał się, zadygotał, ale nagle puściło – wyciągnął z siebie pierwiastek!”. Działanie matematyczne przebiega więc jak ciężka praca fizyczna, co jest możliwe jedynie w sferze języka. Autor świadomie parodiuje naukowe teorie i wynalazki i sam czytelnik czasem nie wie, co według współczesnej nauki może być w opowiadaniach prawdopodobne, a o stanowi nonsensowną fikcję. Lem śmieje się z zasad konstruowania naukowych teorii przedstawiając jedną z propozycji maszyny myślącej na zgładzenie elektrosmoka (stworzenie ogólnej teorii zwalczania elektrosmoków).„Bajki robotów” – przynależność gatunkowa Już sam tytuł zbioru opowiadań Stanisława Lema świadczy, że autor podjął grę z konwencją bajki. Można to odnieść także do stwierdzenia francuskiego krytyka literackiego – Rogera Cailloisa, który uznał, że cała literatura science-fiction jest współczesną odmianą baśni. Lem wykorzystuje konwencję tworzenia bajek i pisze zbiór krótkich fantastycznych historyjek, które rozgrywają się w świecie robotów, maszyn i konstruktorów i przeznaczone być mogą do opowiadania ich dzieciom-robotom. W ten sposób połączył konwencję bajki i literatury science-fiction (literatury fantastycznonaukowej). Do fantastyki należy przede wszystkim wizja równorzędnego świata i cywilizacji lub świata, jaki istnieć będzie w przyszłości. Przestrzeń jest zupełnie inna niż znana nam ziemska. Bohaterowie swobodnie mogą się przenosić między planetami i galaktykami, wielcy konstruktorzy tworzą niezwykłe maszyny i roboty, są zafascynowani cybernetyką. Powszechna jest mechanizacja i sztuczna inteligencja (w „Bajce o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła” władca zainstalował mechanizmy myślące nawet kamieniom, by ostrzegały przechodniów przed potknięciem). Słownictwo opowiadań także nawiązuje do języka ściśle naukowego („cybernetyka”, „ferromagnetyczność”). Światami fantastycznymi rządzą jednak zasady znane z baśni. Konkretnymi planetami rządzą feudalni królowie, którzy mają swych doradców, generałów, dwór i służbę. Walczą o zachowanie tronu węsząc wszędzie spiski (jak np. król Murdas). Mimo powszechnej cywilizacji przypominają innych władców – urządzają turnieje, nakładają podatki, martwią się o swoje dzieci i następców tronu. Jednak zazwyczaj się nudzą i wykorzystują swoje stanowisko do zarządzania nieraz uciążliwych dla ludu przedsięwzięć. Obok królów występują rycerze i mędrcy, rozgrywane są bitwy i pojedynki, które wydają się komiczne, łącząc w sobie średniowieczny prymitywizm oraz „supertechniczne” możliwości. W porównaniu z światem baśni w krainach zamieszkałych brak cudowności, niezwykłych magów i czarodziejów, ponieważ rządzi rozum i technika, pozwalająca skonstruować niemal wszystko. Brak tu wydarzeń nadprzyrodzonych, bo rozwój techniki umożliwia to, co kiedyś było niemożliwe. Zamiast wszechobecnych w bajkach zwierząt spotkamy tu postaci techniczne – maszyny i roboty. Rolę magów pełnią konstruktorzy, których wytwory ogranicza jedynie ich własna wyobraźnia. „To podstawienie wydaje się zgodne z myślą Arthura C. Clarke’a, wedle którego każda dostatecznie zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii, zaś opowiedzenie się konstruktora po stronie dobra sprawia wrażenie pochwały racjonalizmu i nauki, dobrze radzących sobie nawet w świecie zupełnie absurdalnych reguł.” Podobnie jak w baśniach Zło zostaje tu pokonane. Jednak nie przegrywa, ponieważ Dobro ma większą moc, a dlatego, że świadczy o głupocie. Bronią z bezmyślnością jest intelekt oraz spryt. Głupia z założenia jest wszelka chciwość i żądza władzy. Literacka forma zwalnia autora z zachowania zasad realizmu i naukowej i narracja „Bajek robotów” Poszczególne utwory to krótkie opowiadania fabularne , zazwyczaj jednowątkowe. Fabuła skupiona jest wokół jednej lub dwóch postaci. Występuje niewielka liczba bohaterów. Wydarzenia układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy, a elementy fantastyczne łączą się z elementami baśni. Kompozycja bajek zbliżona jest do oświeceniowego wzorca, a więc zawiera morał. Każdą historię kończy zwięzłe pouczenie zawierające przesłanie dla czytelnika. Brak jednak jest charakterystycznych dla bajek postaci zwierzęcych, zamiast nich występują myślące roboty. W „Bajkach robotów” występuje narrator trzecioosobowy i wszechwiedzący. Narrator relacjonuje wydarzenia. Relację przerywają wypowiedzi bohaterów lub krótkie opisy. Fragmenty refleksyjne występują w zakończeniach utworów. Wówczas to we wspomnianym morale – pouczeniu narrator zawiera prawdę dotyczącą opisywanych zdarzeń, podsumowuje je. Choć refleksja dotyczy zachowania robota, tak naprawdę każdy człowiek może ją odnieść do siebie, co świadczy o uniwersalności utworów władzy w „Bajkach robotów” W „Bajkach robotów” Lema często występują postaci władców. Większość z nich została przedstawiona w sposób negatywny – to okrutni i zachłanni królowie, którzy za nic nie chcą oddać swej władzy. Cechuje ich egoizm i brak troski o losy poddanych. Jednym z przedstawionych władców jest Poleander Partobon z „Bajki o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła”. Król Kybery, jako władczy wojownik nad wszystko przedkładał cybernetykę. Wprowadzał cybernetyczne udogodnienia zarówno w kwestiach cywilnych, jak i wojskowych. Wciąż pragnął toczyć wojny, jednak z braku przeciwników musiał sam ich wytwarzać. Sprowadzał tym samym cierpienia na swych poddanych. Przez pomyłkę stworzył elektrosmoka, który zaczął zagrażać jego panowaniu. Dzięki maszynie cyfrowej pokonał go, pokonał także samą maszynę i od tej chwili zajął się wyłącznie cybernetyką cywilną. Innym przykładem okrutnego władcy jest postać Architora, króla władającego planetą Aktynuria, zamieszkiwaną przez Palatynidów z bajki „Uranowe uszy”. Architor mieszkał w pałacu w platynowej górze. W jego sześciuset komnatach znajdowało się sześćset dłoni władcy. Nękał swych poddanych każąc im nosić uranowe pancerze, czym skazał ich na samotność. Nakładał też na Palatynidów coraz to nowe daniny, podsłuchiwał ich wszędzie wietrząc spisek. Został obalony dzięki podstępowi wymyślonemu przez Kosmogonika. Danina składana przez obywateli planety okazała się zabójcza – król wyleciał wraz z pałacem w powietrze, a z jego sześciuset rąk powstał pierścień wokół planety. Jak pokazuje Lem – zły władca wcześniej czy później zostanie ukarany i obalony. Z kolei tchórzliwy i ambitny Murdas z „Bajki o królu Murdasie” jest bardzo podejrzliwy i wierzy chorobliwie w przesądy. Dla własnej kariery jest w stanie poświęcić wszystko, nawet życie swojej rodziny. Jego mania wielkości powoduje, że pragnie by jego osoba rozrosła się ponad horyzont. Rośnie aż do rozmiarów stolicy swego kraju, marzy by panować wiecznie i wszędzie. Jednak, jak pokazuje bajka zachłanność i zbytnia troska o zachowanie władzy prowadzą do urojeń. Ostatecznie Murdas ginie gnębiony własnymi koszmarami. Jak widać ukazani przywódcy nie zasługują na bycie władcami i mają wiele wad. Wszczynają wojny, gnębią poddanych, wprowadzają absurdalne prawa, które mają służyć zaspokajaniu ich zachcianek. Są chciwi, niedojrzali, okrutni, podejrzliwi. Ze strachu o władzę szpiegują i gnębią poddanych, a ci boją się konsekwencji sprzeciwu i spełniają każdy rozkaz, jedynie czasem się buntują. Królowie nie są godni sprawowania robotów - cytaty • Wypowiedź Baryona Lodoustego o Kwarcowym elektrycerzu: „— Ach, tego nie obawiałem się wcale — rzekł z zimnym uśmiecham Baryon Lodousty — wiedziałem bowiem z góry, że niczego nie pojmie. Gdyby choć odrobinę miał rozumu, nie przybyłby do nas. Cóż bowiem może przyjść istocie, która pod słońcem mieszka, z klejnotów gazowych i srebrnych gwiazd lodu?” • O głupocie w Kosmosie z bajki „Trzech elektrycerzy”: „Odtąd nikt już nie próbował najechać Kryonii, bo zabrakło głupców w całym Kosmosie, chociaż niektórzy mówią, że ich jeszcze sporo, a tylko drogi nie znają.” • Skąd się wzięło powiedzenie „Kat mu świeci”? („Uranowe uszy”) „Patrzcie, jak dobrze Tor nam świeci. - A ponieważ niektórzy katem do dziś go nazywają, powiedzenie to stało się porzekadłem, doszło do nas po długiej wędrówce wśród wysp galaktycznych i dlatego powiadamy „Kat mu świeci”.” • Zakończenie „Bajki o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła”: „Odetchnął król, nałożył pantofle i wrócił do sypialni tronowej. Odtąd jednak odmienił się bardzo: przygody, które przeżył, uczyniły usposobienie jego mniej wojowniczym i po kres swych dni zajmował się już wyłącznie cybernetyką cywilną, a wojennej ani tknął.” • Odpowiedź Wucha na deklarację Automateusza chęci wrzucenia go do morza: „– Mój ty poczciwcze – odezwał się znienacka Wuch – i cóż mi zaszkodzi pobyt na dnie morskim? Rozumujesz kategoriami istoty nietrwałej, stąd twoje omyłki. Przecież, zrozum to, albo morze wyschnie kiedyś, albo pierwej całe dno jego wydźwignie się jako góra i stanie się lądem. Czy to nastąpi za sto tysięcy lat, czy za miliony – nie ma dla mnie znaczenia. Nie tylko jestem niezniszczalny, ale i nieskończenie cierpliwy, jak winieneś był zauważyć, choćby po spokoju, z jakim znosiłem objawy twojego zaślepienia.” • O doskonałości nieistnienia z bajki „Przyjaciel Automateusza”: „Cóż może się równać z doskonałością nieistnienia? (...) Pomyśl tylko, proszę: żadnych zmagań, trwóg ani lęków, żadnych cierpień ducha ni ciała, żadnych zwykłych przygód, i to w jakiej skali! Choćby się wszystkie złe moce związały i sprzysięgły przeciwko tobie, nie sięgną cię! O, doprawdy, niezrównane jest słodkie bezpieczeństwo umarłego! A jeśli jeszcze dodać, że nie jest ono niczym przelotnym, nietrwałym, przemijającym, że nic nie może odwołać go ani naruszyć, wówczas niezrównany zachwyt...” – A bodajeś szczezł – doszedł go słaby głos Automateusza, a tym słowom lakonicznym zawtórowało krótkie, lecz dosadne przekleństwo.” • Wypowiedź mędrca w bajce „Król Globares i mędrcy”: „Wszystko, cokolwiek istnieje, bywa przedmiotem drwin. Nie ostoi się wobec nich żadna godność, wiadomo bowiem, że ten i ów śmie podrwiwać nawet z królewskiego majestatu. Śmiech uderza w trony i państwa. Jedne ludy drwią z innych lub z samych siebie. Bywało, że wyszydzano to nawet, co nie istnieje – czyż nie śmiano się z mitycznych bogów? Nawet zjawiska pełne powagi, ba, tragiczne, bywają przedmiotem żartów. Dość wspomnieć o humorze cmentarnym, o pokpiwaniu ze śmierci i nieboszczyków.[...] A jednak, choć przedmiotem kpin jest zarówno królestwo życia jak i śmierci, zarówno rzeczy małe jak wielkie, jest coś, czego nikt dotąd nie ośmielił się wyszydzić ani wyśmiać. Przy tym owa rzecz nie należy do rzędu takich, o których dałoby się zapomnieć, które ujść mogą uwagi, albowiem idzie o wszystko, co istnieje, to znaczy o Kosmos. Jeżeli zastanowisz się nad tym, królu, pojmiesz, jak bardzo jest Kosmos śmieszny...” • Słowa mędrca w zakończeniu bajki „Król Globares i mędrcy”: „To, co powiedziałem, nie pochodziło z wiedzy. Nauka nie zajmuje się takimi własnościami bytu, do których należy śmieszność. Nauka objaśnia świat, ale pogodzić z nim może jedynie sztuka. Cóż wiemy naprawdę o powstaniu Kosmosu? Pustkę tak obszerną można wypełniać legendami i mitami. Pragnąłem, w mitologizowaniu, dojść granic nieprawdo-podobieństwa i myślę, że byłem tego bliski. Ty i tak wiesz o tym, więc chcesz tylko zapytać, czy doprawdy Kosmos jest śmieszny. Ale na to pytanie każdy musi sam sobie odpowiedzieć.” • Charakterystyka Murdasa: „Po dobrym królu Heliksandrze wstąpił na tron jego syn, Murdas. Wszyscy się tym zmartwili, bo była ambitny i strachliwy. Postanowił sobie zasłużyć na przydomek Wielkiego, a bał się przeciągów, duchów, wosku, bo na wywoskowanej posadzce można nogę złamać, krewnych, że w rządzeniu przeszkadzają, a najwięcej przepowiedni.” • Rozpacz Klapaucjusza po nagrodach dla Trurla w bajce „Wielkie lanie”: „– Jak to? Więc za to, że udało mi się go przechytrzyć, kiedym go przejrzał, kiedy spuściłem mu setne baty, że musiał się potem klepać i łatać […], za to wszystko opływa teraz w dostatki, a jakby tego było mało król odznacza go jeszcze orderem? O. świecie, świecie…”Mapa serwisu: Bajki robotów - streszczenia Biała śmierć - streszczenie Dwa potwory - streszczenie Wielkie lanie – streszczenie, plan wydarzeń Maszyna Trurla – streszczenie, plan wydarzeń Bajka o królu Murdasie - streszczenie, plan wydarzeń Król Globares i mędrcy - streszczenie, plan wydarzeń Przyjaciel Automateusza - streszczenie, plan wydarzeń Doradcy króla Hydropsa – streszczenie, plan wydarzeń Bajka o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła – streszczenie, plan wydarzeń Uranowe uszy – streszczenie, plan wydarzeń Trzej elektrycerze – streszczenie, plan wydarzeń Bajki robotów - opracowanie „Bajki robotów” – bohaterowie Problematyka „Bajek robotów” Prezentuję osobistą i oczywiście subiektywną listę najwybitniejszych powieści sci-fi. Zestawienie to będzie systematycznie rozwijane i poszerzane o kolejne pozycje. Jeżeli znasz tytuły, które Twoim zdaniem powinny znaleźć się w zestawieniu – zamieść proszę propozycję w komentarzu do artykułu. Zapraszam do lektury. Najlepsze książki, powieści, zbiory opowiadań S-F Science-Fiction. 2001 ODYSEJA KOSMICZNA – (Arthur C. Clarke) Książka napisana przez Clarka na podstawie własnego scenariusza do filmu o tym samym tytule. Pozycja wiernie oddaje pasjonującą fabułę genialnego filmu z 68 roku i co ważniejsze jest od niego znacznie lepsza. Wspaniałych opisów kosmosu dokonywanych przez Clarka nie dało się przedstawić na taśmie filmowej, mimo usilnych starań twórców. Ostatnie rozdziały książki opisujące niezwykłą podróż Bowman’a są esencją Science-Ficion. Powieść ta jest najlepszą, jaką kiedykolwiek czytałem i nie sądzę, aby znalazła się książka, która mogłaby przebić działo Clarke’a 3001 ODYSEJA KOSMICZNA FINAŁ – (Arthur C. Clarke) Pozycja stanowiąca zakończenie całego cyklu powieści nazwanego „Odyseja kosmiczna”. Owej książki ot po prostu się nie czyta, lecz ją pochłania. Bardzo dobrze napisana i niezwykle ciekawa. Autor stara się oprowadzić nas po świecie człowieka trzeciego tysiąclecia. Ciekawa próba, jednak nie do końca udana. Książka ma dwie wady: 1 – autor wielokrotnie sam sobie zaprzecza, lekceważąc i umniejszając znaczenie wątków poprzednich części cyklu; 2 – wiele nowinek technologicznych z 3001 roku może zostać wprowadzonych już niebawem, tak więc wizja przyszłości, jaką przedstawia Arthur C. Clarke, jest trudna do akceptacji. Mimo wszystko jednak pozycja bardzo interesująca i godna polecenia. BLADE RUNNER – (Philip K. Dick) Wielka powieść (oryginalny tytuł „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”) najsłynniejszego pisarza S-F. Na jej podstawie nakręcono słynny film w reżyserii Film jednak różni się diametralnie od książki oraz mocno upraszcza przesłanie płynące z powieści. W swojej książce Dick stara się odpowiedzieć na pytania – czym jest rzeczywistość i co to znaczy być prawdziwym człowiekiem. Pokazuje androidy, które wyglądają jak ludzie, i ludzi, którzy zachowują się jak maszyny. Jest to obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika SF! CYBERIADA – (Stanisław Lem) Działo absolutnie oryginalne, pełne uroku i wyśmienitego dowcipu, a przy tym nie pozbawione głębszej treści. Historie przygód elektrorycerzy, elektrosmoków i cyfrowych księżniczek to nie tylko zabawne parodie tradycyjnych baśni, ale także filozoficzne powiastki, w których można odnaleźć wiele satyrycznych obserwacji i gorzkich refleksji na temat niedoskonałości porządku naszego świata. Wspaniała książka, ale – co częste w dziełach Lema – pod koniec staje się męcząca. GWIAZDA – (Arthur C. Clarke) W antologii zawarte są najlepsze opowiadania Clarke’a, wybrane przez Wiktora Bukato. Mogę tylko powiedzieć, że na 200 stronach tej pozycji znajduje się wszystko to, co najbardziej kocham w literaturze S-F. Clarke jak zwykle zaskakuje na każdym kroku. Globalna tematyka przedstawianych problemów zmusza do ciągłych refleksji na temat przyszłości człowieka, naszego świata i miejsca jakie zajmujemy we Wszechświecie. Książka została wydana w 1989 roku. Można ją spokojnie nabyć w antykwariatach i chociażby na Allegro. Najbardziej ze wszystkich 18 opowiadań polecam „Wyprawę ratunkową”. NIEZWYCIĘŻONY – (Stanisław Lem) Drugie miejsce na mojej liście najlepszych dzieł S-F. „Niezwyciężony” to skonstruowana wedle klasycznych reguł fantastki naukowej opowieść o przygodach załogi wielkiego statku kosmicznego na obcym globie i napotykającą niezwykłą obcą formę życia. Konfrontacja z formą egzystencji całkowicie odmienną od wszystkiego, z czym zetknęli się ludzie, ujawnia ograniczenia wysoko rozwiniętej ziemskiej technologii, ale jednocześnie potwierdza znaczenie humanistycznych wartości, takich jak solidarność, poczucie obowiązku, zaufanie i przyjaźń. Powieść przynosi refleksje nad istotą człowieczeństwa. SOLARIS – (Stanisław Lem) Wspaniała opowieść o kontakcie człowieka z pozaziemską inteligencją, tak całkowicie odmienną od naszej, że o jakimkolwiek porozumieniu w ogóle nie może być mowy. Bohater, naukowiec prowadzący badania na planecie Solaris, którą pokrywa obdarzony świadomością ocean, próbuje sprostać wyzwaniom o charakterze poznawczym, przede wszystkim jednak staje w obliczu nierozwiązywalnych dylematów natury moralnej i przeżywa wielki uczuciowy dramat. Klasyczny wątek miłości, która jest silniejsza niż śmierć. Książka ta to jedno z najwybitniejszych dzieł w historii S-F (nr 3 na mojej liście najlepszych książek). SPOTKANIE Z MEDUZĄ – (Arthur C. Clarke) Kolejny zbiór opowiadań wydany w 1988 roku mniej jednak udany od „Gwiazdy”. Bliko 300 stron zawiera 16 klasycznych opowiadań S-F, mówiących o ludzkiej naturze, zmaganiach człowieka z kosmiczną próżnią i uzależnienia od technologii, bez której nie byłoby postępu i lotów w kosmos. TO, CO NAJLEPSZE W SF – TOM I Umieszczenie tej pozycji na liście jest troszkę naciągane, ale dla kilku opowiadań warto tą antologię wyróżnić. Cykl „To, co najlepsze w SF” zaliczył już ładnych parę tomów. Szczerze polecam tom pierwszy, stanowiący antologię najciekawszych opowiadań z 1995 roku. Autor dokonał takiego wyboru, a nie innego i należy to uszanować. Poziom niektórych opowiadań odbiega jednak wyraźnie od reszty. Trzeba się skupić na pozytywach, a tych w książce jest zdecydowanie więcej. Mieszają się tutaj różne style literackie – od klasycznej S-F po hard S-F, zahaczające o CyberPunk, po czystą fantastykę i kryminał. Kilka opowiadań po prostu zwaliło mnie z nóg… Pozostałe najlepsze powieści i opowiadania Science Fiction (przygotowane do szerszego opisu): KONIEC DZIECIŃSTWA (Arthur C. Clarke) SPOTKANIE Z RAMĄ (Arthur C. Clarke) UBIK (Philip K. Dick) DR FUTURITY (Philip K. Dick) ŚLEPOWIDZENIE (Peter Watts) ROZGWIAZDA (Peter Watts) CZASZKA NA RĘKAWIE i CZASZKA NA NIEBIE (Nik Pierumow) WIECZNA WOJNA (Joe Haldeman) GRA ENDERA (Orson Scott Card) ARCYDZIEŁA – NAJLEPSZE OPOWIADANIA SF STULECIA (Antologia) KIERUNEK 3001 (Antologia) JA, ROBOT (Isaac Asimov) CYKL „FUNDACJA” (Isaac Asimov) Oceń zestawienie: źródła okładek:

opowiadanie science fiction o robotach